piątek, 8 grudnia 2017

Pokemon - Kartka z pamiętnika cz. 1


- Hej Różowa Panienko! Nie poddawaj się, tylko walcz!
Od takich właśnie słów rozpoczynam moją opowieść. Nieco to dziwacznie, prawda? Owszem, w końcu przecież nie w taki sposób zwykle zaczyna się pisanie pamiętnika. Przyznam się jednak wam szczerze, że zawsze byłam dość dziwaczna, a przynajmniej zdaniem mojej drogiej mamy, która to pod względem dziwactw, była (oczywiście wedle własnej opinii) prawdziwym ekspertem. Nie zamierzam z nią, rzecz jasna, polemizować w tej kwestii, sądzę jednak, iż ona sama jest wręcz  najlepszym okazem dziwaka, jaki kiedykolwiek chodził po tym świecie, więc nie powinna innych nazywać dziwakami, skoro sama nie jest lepsza. Ale cóż... Mojej mamie zawsze przychodziło z łatwością ocenianie ludzi, jednak nigdy nie zdobyła się na taką odwagę, żeby móc ocenić samą siebie. Tak to już bywa.
Jednak, to nie o mojej mamie chcę dzisiaj pisać, ale o kimś zupełnie innym. O kim? Oczywiście o sobie, a także o swoich przyjaciołach i kilku przygodach, które z nimi przeżyłam. A przede wszystkim chcę opowiedzieć wam o jednej, konkretnej osobie, czyli o moim ukochanym chłopaku. O tym uroczym człowieku, który to zmienił moje życie na lepsze.
Piszę teraz to wszystko, korzystając z okazji, że Clemont oraz jego młodsza siostrzyczka poszli na miasto, natomiast mój chłopak, zmęczony naszą wczorajszą wędrówką, właśnie się zdrzemnął... No właśnie... Mój chłopak... Jakże to pięknie brzmi, prawda? Mój chłopak. Och, czy istnieje piękniejsze wyrażenie w ludzkim słowniku? Zdecydowanie nie! A przynajmniej nie dla mnie! Możecie oczywiście uznać, że zachowuję się teraz jak typowa zakochana nastolatka, której odbiło, bo zabujała się w chłopaku, którego ledwie zna, a którego uważa za wyjątkowego oraz tego jedynego. Muszę tu jednak wyjaśnić, iż w moim przypadku, jak również w przypadku mojego ukochanego nie można mówić o tym, żeby uczucie nas łączące było zwykłym zauroczeniem. Oboje z mym chłopakiem znamy się już od bardzo dawna, zaś to uczucie, które nas połączyło, jest czymś jak najbardziej prawdziwym oraz pięknym. Dorastało ono w nas przez wiele lat i choć oboje nie mamy ich znowu tak wiele, to jednak wierzymy, iż przetrwa wszystko. Oby dobry los nam na to pozwolił.
Ale chyba powinnam rozpocząć już moją historię. Tylko, jak mam to zrobić? Pierwszy raz piszę pamiętnik i nie mam w tym żadnego doświadczenia. Czytałam kiedyś słynną powieść Charlesa Dickensa „David Copperfield” (nawiasem mówiąc to wspaniała książka), gdzie narrator zaczynał swoją opowieść od takich słów jak „urodziłem się” oraz „wychowałem”. Gdybym jednak tak właśnie miała zacząć swoją historię, to obawiam się, iż nie zdążyłabym do jutra napisać wszystkiego, co chcę, a przecież mam zaledwie parę godzin, zanim moi przyjaciele powrócą do Centrum Pokemon, w którym się zatrzymaliśmy. Mogłabym oczywiście dokończyć później to, co zacznę pisać teraz, ale jakoś tak czuję dziwną potrzebę spisania tego za jednym zamachem. Dlatego też pozwolę sobie streścić moją opowieść możliwe jak najbardziej krótko i zwięźle. Muszę jednak uprzedzić, iż jeśli ktoś spodziewa się w tej historii niesamowicie genialnie opisanych scen batalistycznych między Pokemonami, groźnych potyczek lub czegoś w tym stylu, to niech lepiej w ogóle nie czyta mojej opowieści, gdyż ona go na śmierć zanudzi. Nie zabraknie w niej co prawda walk między Pokemonami, jednak najwięcej miejsca poświęcę tu łzom, radości, przyjaźni, odwadze, wierze w siebie, determinacji, ale przede wszystkim miłości. Jeśli więc ktoś nie lubi takich historii, to niech lepiej z miejsca da sobie spokój z moją opowieścią.
Kim jestem? Zwykłą piętnastolatką, która rozpoczęła swoją podróż szlakiem Pokemonów i do której los się uśmiechnął, ponieważ poznała na swojej drodze wyjątkowego chłopaka, o czym chce wam teraz opowiedzieć, jak i również o tym, jak w ogóle doszło do tego, że obecnie są razem.
A więc zaczynajmy!

***


Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, choć tak prawdę mówiąc, moją opowieść powinnam rozpocząć od wydarzenia, które miało miejsce kilka ładnych lat temu. Uważam jednak, że na wspomnienia oraz retrospekcje przyjdzie jeszcze czas. Zacznę zatem od momentu, który już wcześniej sobie zaplanowałam jako początek mojej historii. Zatem, do dzieła!
Bohaterką mojej opowieści jestem ja sama. Nazywam się Serena Evans. Z całą pewnością łatwo rozpoznacie mnie na ulicy, kiedy już wam siebie opiszę. Przyjrzyjcie się dobrze. Widzicie może teraz taką wysoką, ciemną blondynkę w rozpuszczonych włosach barwy dojrzałego miodu i o niebieskich oczach koloru nieba w pogodę? Tak, to właśnie ta dziewczyna, na którą patrzycie. Nie, nie tamta. Ta z drugiej strony ulicy. Nosi na głowie dość dziwaczny, mały, różowy kapelutek przypominający melonik. Na sobie zaś ma ładną czarną podkoszulkę z białym kołnierzykiem, czerwoną spódniczkę oraz czarne pończochy i buty tej samej barwy ozdobione karminowymi znakami. Jej plecy zdobi zaś niezwykle uroczy, różowy plecaczek, w którym trzyma swoje pokeballe. Już ją widzicie? Tak, to właśnie ona, a właściwie to właśnie ja! Serena Evans, bohaterka naszej opowieści.
Przed chwilą siedziała przy stoliku w małej kawiarence, znajdującej się na terenie Centrum Pokemon, racząc się śniadaniem, a naprzeciwko niej na stoliku siedział Fennekin, mały ognisty lis, pierwszy Pokemon w jej życiu, którego sama sobie wybrała dzień wcześniej w laboratorium profesora Augustine’a Sycamore’a. Nie muszę chyba nikomu wyjaśniać, że każdy początkujący trener rozpoczyna swoją podróż od wybrania sobie Pokemona u profesora zajmującego się tymi uroczymi stworkami i mieszkającego w jego (bądź jej, jeżeli trener jest kobietą) mieście tudzież konkretnym regionie, do którego owo miasto należy. Ponieważ ja mieszkam w mieście Vaniville w regionie Kalos, to musiałam zgłosić się do pana profesora Sycamore’a, aby móc otrzymać swego pierwszego Pokemona.
Co prawda, powinnam już dawno rozpocząć moją podróż trenerki Pokemon, jednak nigdy wcześniej nie czułam się na siłach, aby to zrobić. Inni zaczynali swoje przygody już w wieku dziesięciu lat, ja zaś jakiś czas temu skończyłam piętnaście i jeszcze nie byłam dość odważna, aby to zrobić. Wszystko się jednak zmieniło dwa dni przed opisaną przeze mnie sceną. A wyglądało to tak:
W dniu, w którym to wszystko się zaczęło, moja droga mama najbardziej bezceremonialnie, jak to tylko możliwe, wyrwała mnie z łóżka wczesnym świtem. Radość o poranku, jak to mówią. No cóż... Raczej nie w moim przypadku, gdyż pobudka była wyjątkowo brutalna, jak zwykle zresztą. Na mojej głowie usiadł Pokemon mojej mamy, przypominający drozda mały Fletchling. Bardzo słodkie stworzonko, nieprawdaż? Owszem, bardzo słodkie, ale z całą pewnością nie dla człowieka, który musi doświadczać jego okrucieństwa. Mówię „okrucieństwa”, bo to, co zrobiło to podłe ptaszysko (a łajdak robił tak, odkąd tylko pamiętam) jest po prostu zwykłym barbarzyństwem, niczym więcej. Konkretniej rzecz ujmując, ten drań Fletchling usiadł mi na głowie, po czym dziobnął mnie w ucho, a następnie wydarł się w nie i to w taki sposób, że przerażona wypadłam z łóżka. Załamana podniosłam głowę i spojrzałam na niego wściekle.
- Mówiłam ci z milion razy! Masz mnie nie budzić w ten sposób! - pisnęłam zła niczym Beedrill.
Fletchling spojrzał na mnie z miną niewiniątka, jakby nie wiedział, o co mi chodzi. Ale on już doskonale wiedział. Tyle lat i w kółko ciągle to samo. Niemalże codziennie takie same pobudki. Paskudne ptaszysko. Najchętniej bym je oskubała żywcem i to ze wszystkich piór. Z tym oto palącym mnie od środka pragnieniem zemsty rzuciłam się na tego paskudnego stwora, jednak on odskoczył w ostatniej chwili i usiadł mi na głowie.
- Serena! Czas na poranny trening! - odezwał się znajomy głos z dołu.
- Wiem, mamo! Zaraz zejdę! - jęknęłam załamana.
Moja mama była swego czasu prawdziwą mistrzynią jazdy na Pokemonach nosorożcach, zwanych Rhyhornami. Do dzisiaj trzyma ona w domu na wybiegu jednego z tych rzekomo „milusich“ stworzeń. Odkąd tylko sięgam pamięcią moja szanowna rodzicielka uważała, że muszę pójść w jej ślady i nauczyć się jeździć na tych stworzeniach. Nie przyjmowała do wiadomości faktu, iż to mnie w ogóle nie kręci, a wręcz nienawidzę tego sportu. Jednak rozmowa z moją mamą na ten temat przypominała powiedzenie „gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu“ lub jeśli wolicie inne porównanie, to było to niczym „rzucanie grochem o ścianę“. Sami wybierzcie, które z tych powiedzonek bardziej tu pasuje.
- I znowu to samo - jęknęłam powoli, zbierając się z podłogi.
Na pociechę otworzyłam okno w swoim pokoju i wyjrzałam przez nie na zewnątrz. Pogoda była naprawdę piękna, zapowiadał się uroczy dzień. Tak bardzo uroczy, że od razu poprawił mi się humor, a nawet przywitałam wesoło Rhyhorna mojej mamy, który powitał mnie radosnym rykiem. Mimo wszystko ten Pokemon był nawet całkiem miły, o ile oczywiście nie próbowałam go ujeżdżać, bo wtedy zamieniał się w dziką i rozszalałą bestię, nad którą w żaden sposób nie byłam w stanie zapanować. Nie wiedziałam, jak mamie się udawało osiągać ten cel, ale cóż... Najwidoczniej ona miała do tego prawdziwy talent, czego o mnie powiedzieć się już raczej nie dało.
Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że wiedziałam z całą pewnością, iż dzisiaj czeka mnie powtórka z rozrywki i znowu będę musiała jeździć na tym paskudnym zwierzaku. Tego ranka starałam się jednak nie myśleć o przyszłości, a zamiast tego cieszyć się dniem, który właśnie nastał.
- Oby to był udany dzień - powiedziałam, przeciągając się lekko, a Fletchling, siedzący mi przez chwilę na głowie, radośnie wyleciał przez okno ćwierkając przy tym wesoło.


Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia, że ten oto dzień rzeczywiście będzie mimo wszystko udany, ponieważ zmieni on całe moje życie na lepsze. Ale po kolei, nie uprzedzajmy faktów.
Po śniadaniu rozpoczęły się treningi jazdy na Rhyhornie. Jak już to wcześniej mówiłam, nie sprawiały mi one żadnej przyjemności, ale mojej mamie nie dało się nic powiedzieć w tej sprawie.
- Zamknij buzię, bo sobie przygryziesz język! Sereno, pamiętaj o tym, że masz myśleć dokładnie tak jak Rhyhorn! - krzyczała, kiedy jej Pokemon ponownie próbował mnie z siebie zrzucić.
- Tobie to łatwo mówić! - odpowiedziałam jej, z trudem utrzymując się na grzbiecie Pokemona.
Myślałam, że mamę może te słowa poruszą, jednak bardzo się myliłam. Ona jedynie zaczęła mi jeszcze bardziej kibicować i wołać:
- Oczywiście! Uczestniczyłam w wyścigach Rhyhornów na całym świecie! Ty też dasz radę! Bądź taka jak Rhyhorn! Złącz się z nim w jedno!
Ledwie to powiedziała, a ja jej ukochany pieszczoch wreszcie zrzucił mnie z grzbietu i zaryłam nosem w ziemię. Mama załamana zasłoniła sobie dłonią oczy. Kolejny dzień przyniósł jej kolejną porażkę w szkoleniu swojej następczyni.
- Albo lepiej nie - dokończyła swoją wypowiedź widząc, jak z trudem zbieram się z ziemi.
- Mamo! Nie znoszę tego! - ryknęłam na całe gardło, trochę z żalu, a trochę z bólu, gdyż bolała mnie cała twarz, którą zdobiło kilka zadrapań.
Mama musiała więc przerwać lekcję oraz posmarować mi ranki jodyną, po czym zakleić je plastrami. Oczywiście myliłby się ktoś, kto by sądził, że miała ona z tego powodu jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Chociaż może nieco zbyt surowo ją oceniam. Na pewno bardzo cierpiała emocjonalnie z powodu odniesionych przeze mnie ran, jednakże nigdy tego nie okazywała. Wolała mi jedynie powiedzieć, że muszę trenować aż do skutku, że tylko trening czyni mistrza, że muszę iść w jej ślady, bo taka nasza rodzinna tradycja i bla bla bla. Miałam już dosyć tych durnych wykładów i przy najbliższej okazji uciekłam w podskokach do swojego pokoju na rekonwalescencję. Opuściłam go dopiero w porze obiadu, nie odzywając się jednak do mojej matki ani jednym słowem. Zresztą gwoli ścisłości, ona też nie dążyła do tego, aby ze mną porozmawiać. Najwidoczniej uznała, że lepiej jest dać mi spokój. Na swoje szczęście tak właśnie postąpiła, bo gdyby próbowała pociągnąć mnie za język, to wtedy to, co bym jej powiedziała, na pewno nie byłoby niczym miłym. Lepiej więc, że dała mi spokój.
Dopiero wieczorem, kiedy już ubrana w piżamę sięgnęłam do lodówki po wodę mineralną, moja mama, siedząca właśnie w salonie, zawołała mnie do siebie.
- Chodź coś zobaczyć! Aż nie mogę uwierzyć w to, co widzę!
- Co ty powiesz? Chodzi ci o to, co stało się z moją twarzą, mam rację?! - zapytałam z kpiną w głosie, jednak przyszłam do mamy i usiadłam obok niej na kanapie - Oglądasz jakiś film?
- Nie. To są wiadomości na żywo z Lumiose. Tam się dzieje coś złego.
Ton, w jakim moja mama wypowiedziała te słowa, był bardzo przejęty, więc uznałam, że w telewizji zobaczyła coś, co ją przeraziło. Moja mama nigdy nie należała do osób, które było łatwo przestraszyć. Tym bardziej więc postanowiłam się dowiedzieć, o co chodzi.
Program przedstawiał Pokemona Garchompa, który to właśnie wyrwał się z laboratorium profesora Sycamore’a i niczym King Kong w tym słynnym filmie z 1933 roku wskoczył na sam szczyt wielkiego wieżowca, znanego pod nazwą Wieży Pryzmatu, z którego potem zaczął bardzo głośno ryczeć i strzelać jakimś promieniem z paszczy w stronę ludzi. Wyglądało na to, iż nic nie jest w stanie go powstrzymać i będzie trzeba biednego stworka zabić. Szybko jednak wyszło na jaw, jak bardzo się mylono, ponieważ wybawca przybył na ratunek i to zanim ktoś zdążyłby powiedzieć „To już nasz koniec!”.
- Na Wieży Pryzmatu pojawił się jakiś chłopiec! Czyżby próbował rozmawiać z rozszalałym Garchompem?! - relacjonowała wydarzenia z Lumiose reporterka, która z helikoptera latającego wokół Wieży Pryzmatu obserwowała to wydarzenie.
- Ciekawe, czy ten chłopiec to trener Garchompa? - zapytała moja mama, bardzo tym faktem zaintrygowana.


Nie znałyśmy odpowiedzi na to pytanie, dlatego milczałam i bardzo uważnie wpatrywałam się w tego tajemniczego bohatera, który to z narażeniem własnego życia próbował jakoś uspokoić rozszalałego Pokemona. Bohaterem tym był dość wysoki, nastoletni, czarnowłosy chłopak o brązowych oczach, mój rówieśnik, ubrany w szare dżinsy, jasnoniebieską bluzę, czarną koszulkę, czarne rękawiczki bez palców oraz czerwoną czapkę z białym daszkiem i znakami tej samej barwy. Towarzyszyły mu dwa Pokemony, z których jeden to był Pikachu (jak się później dowiedziałam jego najlepszy przyjaciel od kilku lat), a drugi Froakie, Pokemon wodny, wyglądający jak niebieska żaba. Nie wiedziałam jednak, czy on również jest stworkiem tego chłopaka, czy też po prostu pomaga mu on z poczucia zwykłej przyzwoitości. Zresztą i tak wtedy bardziej niż to zagadnienie zajmowało mnie to, co robił ów odważny młodzieniec.
- To niesamowite! Ten chłopiec wspiął się na sam szczyt Wieży Pryzmatu! - zawołała podnieconym wręcz głosem reporterka z helikoptera, a ja zaczęłam za tego dzielnego bohatera trzymać kciuki.
Chłopak nie bez trudu zdołał w końcu podejść do rozszalałego Pokemona i porozmawiać z nim. Później Froakie pomógł chłopcu przytrzymać Garchompa, aby ten się nie szarpał, a następnie dzielny Pikachu przeciął ciosem swego ogona jakąś ohydną obrożę, która wywoływała w Pokemonie agresję. Obrożę tę (jak się później okazało) założyła mu trójka podłych złodziei Pokemonów, znanych na całym świecie jako Zespół R. Próbowali oni ukraść profesorowi Sycamore’owi kilka stworków za pomocą takich właśnie obróżek, ale szlachetny Garchomp, któremu ją zaaplikowali, wymknął się spod kontroli i zaatakował najpierw ich, a potem całe miasto. Na szczęście bohaterski chłopak zdołał uspokoić bestię, lecz chwilę później podłoże pod stopami Pikachu zawaliło się i biedy Pokemon z piskiem runął w dół. Jego trener, widząc to, odważnie skoczył za nim, złapał go w objęcia, po czym przycisnął mocno do piersi, następnie ustawił się tak, żeby spać na ziemię i swoim ciałem zamortyzować upadek stworka.
Jęknęłam z przerażenia widząc to, co się dzieje. Przecież ten chłopak mógł zginąć przy próbie ratowania swego przyjaciela! Na szczęście tak się nie stało, gdyż nie wiedzieć skąd pojawił się nagle ognisty Pokemon znany jako Blaziken, złapał mocno w ramiona chłopaka i jego stworka, odstawił ich spokojnie na ziemię, po czym kiwnął im lekko głową i zniknął nagle w głębi miasta, nie oczekując nawet podziękowań za swój szlachetny uczynek. Młodzieniec jednak podziękował Pokemonowi za pomoc, po czym uściskał mocno swego Pikachu.
Nie muszę chyba dodawać, że wszyscy mieszkańcy miasta, w tym sam profesor Sycamore, uznali czarnowłosego chłopaka za bohatera. Pokazano również na ekranie telewizora jego zdjęcie w ogromnym zbliżeniu, aby telewidzowie mogli podziwiać tego nastoletniego bohatera. Ledwo jednak pokazano jego zbliżenie, a moje życie dokonało obrotu o 180 stopni. I to nie jest wcale przesada, gdyż mówię bardzo poważnie.
- Uff! Co za ulga! - powiedziałam zadowolona, gdy już było po wszystkim.
Wtedy właśnie, na ekranie telewizora ukazała się w dużym przybliżeniu twarz chłopca, który swoją bohaterską postawą ocalił całe miasto. Zdjęcie to rozbudziło we mnie dawno skrywane wspomnienia oraz pewnie niezwykłe uczucie.
- Ten chłopak... To naprawdę był on? - zapytałam zdumiona.
Tylko tyle umiałam powiedzieć w momencie, w którym ujrzałam jego twarz. Nie musiałam nic więcej dodawać. Nie musiałam i nie chciałam. Ziarno, mające w moim sercu wykiełkować, zostało zasiane. Wspomnienia ruszyły galopem po mej głowie niczym stado Rapidashy podczas wyścigu.
Następnego dnia Fletchling wyjątkowo nie zdążył mnie obudzić, gdyż sama znacznie wcześniej już wstałam, ubrałam się i poszłam nakarmić Rhyhorna mojej mamy.
- Śniadanie... Smacznego - powiedziałam wesoło do Pokemona.
Kiedy zaczął już jeść, pogłaskałam czule jego głowę i powiedziałam:
- Wiesz, Rhyhorn... Mam jakieś takie wrażenie, że wkrótce wydarzy się coś ciekawego.
Po tych słowach, wróciłam wspomnieniami do tego, co wczoraj zobaczyłam w telewizji. Przed oczami stanęła mi wówczas urocza twarz wesołego chłopca mającego około siedmiu lat, posiadacza czarnych włosów, brązowych oczu oraz szelmowskiego uśmiechu, którego poznałam wtedy, gdy byłam jeszcze rozkoszną, choć bardzo płaczliwą dziewczynką. Twarz tego jakże uroczego chłopca na zawsze pozostała wyryta w mej pamięci. Twarz, która notabene była łudząco podobno do...
- To był chyba on - powiedziałam sama do siebie.
W jednej chwili przypomniałam sobie, iż to niesamowite wydarzenie ukazane we wczorajszym programie telewizyjnym miało miejsce całkiem niedaleko mego rodzinnego miasta, a więc chłopak musi być w pobliżu, przynajmniej na razie.
- Tak, to był on! Jestem tego pewna! Nie może być żadnej pomyłki! To on! - zawołałam w myślach.
Następnie podniosłam się na równe nogi i głośno dodałam:
- No dobra! Chodźmy!
Wtedy właśnie podjęłam swoją najważniejszą życiową decyzję.

***


Po nakarmieniu Rhyhorna mojej mamy, poszłam do swojego pokoju, aby się przebrać. Strój podróżny już dawno miałam przygotowany. Prócz bielizny była to czarna podkoszulka z białym kołnierzem, czerwona spódniczka z kieszonką, czarne pończochy (sięgające mi do połowy ud) i buty w tym samym kolorze, z dodatkiem czerwonych wzorków. Została jeszcze tylko kwestia nakrycia głowy, co jak chyba wiadomo, w przypadku kobiet nigdy nie jest rzeczą prostą. Dlatego też na pewno nikogo nie zdziwi fakt, iż musiałam długo przebierać pośród swoich kapeluszy, zanim podjęłam ostateczną decyzję.
Moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.
- Proszę, otwarte! - powiedziałam nieco niezadowolonym tonem, że ktoś mi przeszkadza.
Po chwili do mojego pokoju weszła mama, wyraźnie zainteresowana tym, co właśnie robię. Towarzyszył jej jak zwykle Fletchling, który usiadł mi na głowie.
- Wybierasz się gdzieś? - zapytała mnie moja matula.
Zignorowałam to pytanie i pokazałam jej dwa kapelusze, które to przetrwały eliminacje moich wyborów i dotarły do wielkiego finału.
- Hej, mamo! Powiedz mi, który mam założyć? - zapytałam pokazując mojej rodzicielce dwa kapelusze, z których jeden przypominał różowy melonik, a drugi był beżowym beretem.
- Hmm... Ja bym wybrała ten - odpowiedziała mi mama, wskazując na ten drugi.
Wybór mamy pomógł mi podjąć właściwą decyzję.
- A ja wolę ten - rzekłam patrząc na różowy melonik i nakładając go sobie na głowę.
Wówczas Fletchling zeskoczył z mojej osoby i usiadł na stole, uważnie mi się przyglądając.
Mama tymczasem nadąsała się lekko, słysząc moje słowa.
- Skoro wiedziałaś wcześniej, to po co pytałaś? - zapytała urażonym tonem.
- Zawsze tak jest, że ten, którego ty nie wybierzesz, jest fajniejszy.
- Doprawdy, córeczko?
- Wybacz mi, mamusiu, ale jeżeli chcę wyglądać naprawdę uroczo, to muszę postępować wbrew twoim radom. Przynajmniej w kwestii ubioru.
Nie myślcie sobie, że byłam wredna czy coś w tym stylu. Po prostu, jeżeli chodzi o modę, to ja i moja mama miałyśmy zdecydowanie odmienne gusta.
- Rozumiem - odpowiedziała mama, choć miałam dziwne wrażenie, że raczej nie rozumiała - To dokąd się wybierasz?
- Do Lumiose! - zawołałam, poprawiając sobie dłońmi włosy - Do profesora Sycamore’a po mojego pierwszego Pokemona.
- Naprawdę?
- Tak. Widzisz, postanowiłam rozpocząć swoją podróż trenerki Pokemonów!
Spodziewałam się, że moja mama zacznie oponować lub narzekać na to, iż zostawiam ją samą i nie chcę trenować dalej jazdy na Rhyhornach itd. Ona jednak, usłyszawszy moją decyzję, zdziwiła się lekko, po czym lekko się uśmiechnęła i powiedziała łagodnym tonem:
- Najwyższy czas, kochanie. Najwyższy czas.
Po spakowaniu się i uszykowaniu do drogi wyszłam jeszcze pożegnać się z Rhyhornem. Mimo, że wiele razy zrzucił mnie z grzbietu, to jednak trudno mi było na dłuższą metę nie lubić go. Poprosiłam Pokemona, aby trzymał za mnie kciuki, choć wiedziałam, że fizycznie jest to niemożliwe. Byłam jednak zbyt szczęśliwa, abym miała się tym wszystkim przejmować. Mama z Fletchlingiem na ramieniu, stojąc w drzwiach obserwowała mnie z uśmiechem na twarzy.
- A wiesz już, którego chcesz Pokemona? - zapytała mnie wesoło.
- Uhm! - odpowiedziałam jej, kiwając wesoło głową.
- Powiedz - nalegała mama.
- To tajemnica - zachichotałam radośnie pozwalając, żeby wiatr delikatnie pieścił moje włosy.


Spojrzałam ostatni raz na mój rodzinny dom i zawołałam:
- Lecę! Na razie!
To mówiąc wybiegłam radośnie przez uliczkę w kierunku nieznanej przygody, jaka mnie czekała.
- Uważaj na siebie, Serana! I nie zapomnij poćwiczyć wyścigów Rhyhornów! - zawołała mama, gdy już znikałam w oddali.
No oczywiście, pomyślałam sobie. A co niby innego mogła mi powiedzieć na pożegnanie moja mama? Trudno jednak było mi mieć do niej o to żal. Dlatego obiecałam, że spełnię jej prośbę, gdy tylko będzie taka okazja (nie wiedziałam wtedy, iż nadejdzie ona szybciej niż się można było tego spodziewać), po czym pobiegłam w kierunku Lumiose.
Dotarłam tam w ciągu godziny. Następnie, z wielką łatwością odnalazłam laboratorium profesora Augustine’a Sycamore’a. Gdy już byłam na miejscu, to weszłam do środka.
- Halo! Zastałam profesora Sycamore’a?! - zapytałam, rozglądając się dookoła siebie.
Po chwili na półpiętrze zjawił się poszukiwany przeze mnie człowiek. Mimo tytułu profesora był on jeszcze młodym i nawet całkiem przystojnym mężczyzną o czarnych włosach, niebieskich oczach oraz gładko ogolonej twarzy. Nosił ciemne ubranie oraz narzucony na nie biały kitel.
- Witam! Jak mogę ci pomóc? - zapytał profesor.
- Dzień dobry, panu. Jestem Serena - odpowiedziałam mu, delikatnie przy tym dygając.
- I pewnie chcesz zostać trenerką Pokemonów, zgadza się? - dodał wesoło mężczyzna, schodząc do mnie po schodach.
- Tak!
Oczywiście, nie tylko to mnie do niego sprowadzało, dlatego też radośnie zapytałam go o drugi cel mojej wizyty.
- Wie pan, ostatnio widziałam w wiadomościach reportaż o pewnym trenerze, który uratował Garchompa.
Profesor uśmiechnął się na wspomnienie tego dzielnego młodzieńca.
- A! Masz na myśli Asha Ketchuma! - powiedział.
Ash! Wiedziałam, że tak ma na imię, pomyślałam sobie, a moje serce zabiło jeszcze mocniej. Chociaż ostatnim razem widzieliśmy się osiem lat temu, to jednak doskonale wręcz zapamiętałam chłopca, który zrobił dla mnie coś tak szlachetnego i wspaniałego, że nie dało się tego porównać z niczym innym. Coś, co sprawiło, iż tego właśnie poranka, w którym rozpoczęłam moją podróż trenerki Pokemonów, postanowiłam sobie, że odnajdę go, choćby nie wiem, ile by mnie to kosztowało wysiłku.
- Niestety, już go tu nie ma. Powiedział mi, że wybiera się do Sali w Santalune - mówił dalej profesor Sycamore.
- Sali w Santalune? - zapytałam zainteresowana.
Jeśli tak, to oznacza, że łatwo go znajdę, pomyślałam sobie w duchu. Przecież Santalune jest bardzo blisko Lumiose. A ponieważ Ash zmierza do tamtejszej Sali, to na pewno po to, aby stanąć do walki z miejscową Liderką. Z pewnością zajmie mu to trochę czasu, więc zdążę go dogonić.
- Profesorze, czy mogę sobie wybrać Pokemona? - spytałam, gdy skończyłam już swoje rozważania.
- Oczywiście - odpowiedział mi profesor, uśmiechając się przyjaźnie - Tylko powiedz, czy masz już może jakiegoś wybranego?
- Uhm! Mam!
Profesor Sycamore ponownie się do mnie uśmiechnął, po czym kazał swoim pracownicom wprowadzić do pomieszczenia, w którym oboje rozmawialiśmy, trzy Pokemony.
- Moi drodzy! Zapraszam do siebie! - rzekł przyjaznym tonem.
Gwoli ścisłości muszę tutaj powiedzieć, że tak jak każdy początkujący trener, tak i ja miałam do wyboru trzy urocze stworki. Jednym z nich był mały Pokemon przypominający ożywiony pieniek drzewa, czyli Chespin, typ roślinny. Drugim był znany mi już wodny stworek, Froakie. Trzeci nosił nazwę Fennekin i wyglądał jak lis, a posiadał on moc ognia. Wszystkie trzy wyglądały naprawdę uroczo.
- To są Pokemony z Kalos przeznaczone dla nowych trenerów - rzekł uczony - Fennekin, Chespin i Froakie. Powiedz, którego wybierasz dla siebie?
Pisnęłam z zachwytu na widok stworków i zaczęłam im się bardzo uważnie przyglądać.
- Zanim się zdecydujesz, to weź swój Pokedex, proszę - powiedział po chwili profesor Sycamore, wręczając mi do ręki mały, przenośny, czerwony komputerek, który miał w swojej pamięci zapisane wszelkie wiadomości na temat Pokemonów z regionu Kalos.
- Profesorze, bardzo panu dziękuję! - pisnęłam z radością i dotknęłam palcem urządzenia, które zapiszczało - Działa!
Profesor w kilku słowach wyjaśnił mi, jak on działa.
- Jeśli wycelujesz swój Pokedex w stronę Pokemona, to ten automatycznie ci go wyszuka. Może od razu spróbujesz?
- Dobrze.
To było proste jak posmarowanie masłem kromki chleba. Wystarczyło tylko nakierować Pokedex na konkretnego stworka, a wówczas komputerek ukazywał za pomocą hologramu portret tego Pokemona, po czym nagrany wcześniej głos dawał jego krótki opis. Dla sprawdzenia nakierowałam swój Pokedex na wszystkie trzy stworki. Maszyna natychmiast opowiedziała mi o nich co nieco.
- Fennekin! Pokemon lis! Potrafi on dmuchać bardzo gorącym powietrzem o temperaturze do 400 Fahrenheita. Lubi chrupać gałązki, które są jego przysmakiem - wyrecytowało mi nagranie.
- Ale fajnie! - zawołałam - A następny...
To mówiąc, skierowałam komputerek na kolejnego stworka.
- Chespin! Pokemon kolczasty kasztan! Potrafi on napinać miękkie listki na głowie tak, że stają się twarde i ostre. Może przebić nimi nawet skałę.
- Fajny jesteś - powiedziałam do Pokemona.
Następnie spojrzałam na jego kolegę.
- I ostatni - zachichotałam.
- Froakie. Pokemon bąbelkowa żaba. Wokół jego szyi wytwarzane są bąbelki zwane frąbelkami. Działają niczym poduszka, która osłabia ataki wroga.
- Jej! Całkiem przydatna funkcja! - zawołałam.
Zadowolona uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Pokedex działał bez zarzutu. Teraz więc tylko pytanie, którego stworka wybrać?
- I jak? - zapytał po chwili profesor Sycamore.
- Są super! - pisnęłam niczym mała dziewczynka.
Uczony patrzył na mnie z uśmiechem.
- Świetnie. Czas dokonać wyboru - powiedział.
Zwykle trenerzy długo zastanawiają się, nim podejmą taką decyzję, jednak ja nie zamierzałam tego robić.
- Wszystkie trzy są słodkie, ale ja od dawna wiedziałam, kogo chcę - rzekłam do uczonego - Widzi pan... Już jako mała dziewczynka podjęłam tę decyzję.
Po tych słowach podeszłam do jednego z Pokemonów, kucnęłam przed nim i zawołałam:
- Fennekin! Wybieram ciebie! Jestem Serena!
Lisek po chwili odpowiedział mi bardzo słodkim piskiem. Najwidoczniej ja również przypadłam mu do gustu i to równie mocno, co on mnie.

***


Wieczorem tego samego dnia ja oraz mój przeuroczy towarzysz podróży cały czas wędrowaliśmy przez las drogą numer 4 w stronę miasta Santalune. Jednak dzień zaczął się mieć ku końcowi, a nasza wyprawa wciąż trwała.
- To okropność! - jęknęłam, tuląc do siebie swojego Fennekina - Słońce już zachodzi, a my nadal nie wyszliśmy z tego lasu.
Wieść ta zwiastowała najgorszą perspektywę ze wszystkich możliwych.
- Zaraz! Czy to oznacza, że nocujemy pod gołym niebem? - jęknęłam.
Nie będę ukrywać, iż drżałam na samą myśl o tym. Owszem, lubiłam lasy, ale na pewno nie o wieczornej porze, a o nocnej to już nawet nie ma co mówić. Zaśnięcie w takim miejscu było ponad moje siły. Fennekin zdaje się również podzielał mój pogląd w tej sprawie, dlatego oboje postanowiliśmy znaleźć jakieś wyjście z tego przerażającego miejsca. Nie mieliśmy tylko pojęcia, jak to zrobić. W dodatku wokół nas były jakieś ohydne Pokemony robaki, które na przyjazne nie wyglądały, co zdecydowanie zniechęcało nas do przyjęcia takiej możliwości.
- To zupełnie nie w moim stylu - powiedziałam.
Następnie próbowałam dosyć nieudolnie pocieszyć siebie i swego towarzysza podróży.
- Jeśli znajdziemy Centrum Pokemonów, to na pewno będziemy mogli tam przenocować. Tylko, że nie wiem, gdzie go szukać... No, ale spokojnie. Na pewno sobie poradzimy.
Jednak znalezienie tego miejsca okazało się trudniejsze niż myślałam. Wokół nas były tylko drzewa oraz leśne Pokemony, nie było więc w pobliżu nikogo, kogo można byłoby zapytać o drogę. Kiedy więc oboje z moim starterem już mieliśmy się poddać, dostrzegłam nagle kogoś siedzącego pod drzewem i prawdopodobnie drzemiącego.
- Widzę kogoś! - zawołałam wesoło i ruszyłam w stronę tej osoby.
Wiedziałam, że jeśli rzeczywiście ten ktoś sobie drzemie, to na pewno nie będzie zachwycony, iż go budzimy, ale przecież nie mieliśmy wielkiego wyboru. Musieliśmy zapytać o drogę. Miałam nadzieję, że ta osoba wie, jak dotrzeć do celu mojej podróży.
- Przepraszam bardzo. Wiesz może, czy nie ma w pobliżu jakiegoś Centrum Pokemonów?! - zapytałam najuprzejmiej, jak tylko potrafiłam.
Niestety, miałam pecha. Osoba, którą zapytałam o drogę okazała się nie być człowiekiem, ale Vespiquenem, groźnym Pokemonem szerszeniem o wyraźnie niemiłym usposobieniu, czego dowodził fakt, iż z miejsca mnie on zaatakował. Na szczęście, nim zdążył zadać mi cios, Fennekin odważnie stanął między mną a mym napastnikiem, po czym strzelił on w jego stronę ognistą kulą, która uniemożliwiła Vespiquenowi atak. Ten zaś, widząc, iż nie ma szans z moim starterem, szybko odleciał.
- Dziękuję ci, Fennekin! Uratowałeś mnie! - zawołałam radośnie do mojego przyjaciela.
- Fenne-kin! - pisnął wesoło i słodko mój Pokemon, podając mi w ząbkach mój kapelusz, który zgubiłam podczas ataku szerszenia.
- Nic się wam nie stało?!
Za nami pojawiła się biegnąca siostra Joy, pielęgniarka w różowych włosach i białym fartuchu. Obok niej biegł Wigglytuff, różowy Pokemon przypominający wielkiego królika, notabene dość często wykorzystywany w służbach medycznych, zwłaszcza w regionie Kalos. Odetchnęłam z ulgą na ich widok. Nareszcie jakieś przyjazne twarze, pomyślałam sobie.
- Właśnie usłyszeliśmy jakieś krzyki i przybiegliśmy to sprawdzić! - rzekła pielęgniarka.
- Ach! Siostra Joy! - zawołałam radośnie - Nic się nie stało. Po prostu pewien Pokemon mnie przestraszył.
- No i wszystko jasne. Czyli nic wam się nie stało?
- Nie, na szczęście nie. Ale powiedz mi, proszę, czy gdzieś w pobliżu znajduje się jakieś Centrum Pokemonów?
- Tak i to naprawdę niedaleko stąd - odpowiedziała mi wesoło siostra Joy, wskazując mi palcem drogę, którą powinnam pójść.
- Och, co za ulga! - zawołałam, ocierając sobie pot z czoła - Fennekin! Jednak dzisiaj będziemy spać w Centrum Pokemonów!
Mój wierny kompan przyjął tę wieść z prawdziwą radością, podobnie jak i ja.

***


Rzeczywiście, to była dla mnie wielka ulga, że uniknęłam spania pod gołym niebem, czego szczególnie nie lubiłam. Dzięki życzliwości siostry Joy wyspałam się wygodnie w miękkim łóżku, a na rano zjadłam pyszne śniadanie. Uważny czytelnik na pewno teraz zauważy, że właśnie od tego miejsca zaczęła się moja opowieść. No cóż, musiałam jednak nieco cofnąć się w czasie, aby wszystko było jasne dla każdego, kto czyta moje wspomnienia. Dzięki temu w tej oto chwili na pewno wszystko stanie się zrozumiałe.
Powróćmy jednak do sytuacji, w której właśnie zajadam pyszne śniadanie uszykowane przez miejscowych kucharzy z Centrum Pokemonów.
- Ale fajnie. Żadnych wyścigów Rhyhornów na dzień dobry i żaden Fletchling mnie nie budzi. Cudnie! Co za przyjemny sposób na rozpoczęcie dnia - mówiłam zadowolonym tonem, kończąc swój posiłek.
Obok mnie na stole siedział Fennekin, który jadł z miseczki specjalny pokarm dla Pokemonów. Podobnie jak i ja, tak również i on nie mógł się już doczekać nowych przygód.
- Fennekin, najadłeś się już? - zapytałam widząc, jak mój Pokemon wesoło przeciąga się na stole, na którym siedział.
Kiedy lisek odpowiedział mi potakująco, zaśmiałam się radośnie.
- To tak, jak ja.
Po tych słowach, wstałam powoli od stolika, poszłam do siostry Joy, której serdecznie podziękowałam za pyszne śniadanie oraz nocleg, po czym zawołałam swego Pokemona, aby ruszył ze mną w drogę. Fennekin radośnie wskoczył mi na ramię, a ja odetchnęłam świeżym powietrzem.
- Idziemy! Santalune jest naprawdę niedaleko. Jeszcze tylko krótki spacer i nareszcie będę mogła się z nim spotkać.
Nie chcąc tracić dłużej ani chwili bohaterka naszej opowieści (czyli jak już wiecie, ja) schowała Fennekina do jego pokeballa i natychmiast ruszyła biegiem przed siebie. Nie miała ona wątpliwości, gdzie rozpocząć swoje poszukiwania, ponieważ (jak już wiemy) odwiedziwszy profesora Sycamore’a dowiedziała się, w jakim kierunku udał się interesujący ją chłopak, a przede wszystkim jak miał na imię. Ash... Przeurocze imię, nieprawdaż? Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Jeśli jednak ktoś uważa inaczej, to trudno. Ja będę się trzymać swojej opinii.


Muszę jednak wyznać, iż podróż ta budziła we mnie wiele emocji, zarówno tych pozytywnych, jak też i negatywnych. Powód tych ostatnich był taki, że nie mogłam wiedzieć, czy chłopak mnie w ogóle pamiętał. Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, mieliśmy oboje ledwie po siedem lat, zaś ja nie powiedziałam mu nawet, jak mam na imię. W sumie raz mnie on o to zapytał, ale byłam wówczas zbyt zajęta wpatrywaniem się w niego, aby mu udzielić odpowiedzi na to pytanie. Potem jednak brak mojego imienia jakoś mu nie przeszkadzał, gdyż nazywał mnie pieszczotliwie „swoją Różową Panienką” ze względu na kolor sukienki, jaką wtedy nosiłam. Dopiero wtedy, kiedy wyjechaliśmy do swoich domów, przypomniałam sobie, iż nawet nie powiedziałam mu, jak mam na imię i zapomniałam mu zwrócić coś, co należało do niego. No cóż... Teraz miałam okazję, aby to naprawić.
- Ale się zdziwi, jak mnie zobaczy po tak długim czasie! - wołałam wesoło zbiegając po schodach i idąc w kierunku najbliższej Sali do walk Pokemonów.
Serce biło wtedy w piersi jak szalone, a nogi same niosły mnie ku mojemu przeznaczeniu.
- Ciekawi mnie, jak zareaguje na mój widok. Och! Nie mogę się już doczekać - mówiłam dalej sama do siebie, w międzyczasie wyszukując wzrokiem miejsce, ku któremu zmierzałam.
Moje poszukiwania nie trwały na szczęście zbyt długo i bardzo szybko zostały uwieńczone sukcesem. Zadowolona weszłam do środka szukanego przeze mnie miejsca, a następnie rozejrzałam się dookoła. Natychmiast spostrzegłam tę część, gdzie odbywały się walki Pokemonów. Przypominała ona nieco boisko do gry w piłkę nożną lub koszykówkę. Na jednym jej końcu znajdowała się jakaś wysoka blondynka o zielonych oczach oraz włosach spiętych w dość męski i zarazem też zawadiacki sposób. Nosiła ona białą podkoszulkę, zielone dżinsy i czarne glany. Była to rzecz jasna Viola, miejscowa Liderka, która to właśnie posyłała do walki swojego Pokemona, Surskita, stworka podobnego do pająka. Naprzeciwko niej zaś znajdował się jej przeciwnik, wystawiający w tej bitwie Fletchlinga. Gdy tylko przyjrzałam się bliżej temu zawodnikowi, od razu go rozpoznałam. Stał co prawda do mnie tyłem, ale jego głos był mi dobrze znany, a charakterystyczny ubiór, jaki miał na sobie, był taki sam jak wtedy, kiedy ujrzałam go w telewizji. Serce wtedy zabiło mi jak szalone, a przez całe moje ciało przeszły radosne dreszcze.
- Tutaj jest! To Ash! - zawołałam w myślach, po czym bardzo radośnie ruszyłam biegiem w jego kierunku, całkowicie zapominając przy tym o fakcie, iż mój wybranek właśnie toczy walkę Pokemonów.




- Mogę w czymś pomóc? - odezwał się nagle jakiś dorosły i kobiecy głos, przywołujący mnie do rzeczywistości.
Odwróciłam się w jego kierunku i dostrzegłam wówczas osobę, która to wypowiedziała te słowa. Była to młoda kobieta, nieco starsza ode mnie, o jasno-brązowych włosach i zielonych oczach, ubrana w czarno-różową bluzę oraz szare spodnie. Patrzyła na mnie wyraźnie zdumiona moim zachowaniem. Obok niej stał jakiś chłopak prawdopodobnie w wieku Asha lub niewiele młodszy od niego. Był blondynem o ciemno-niebieskich oczach. Nosił okulary, na plecach miał plecak, a na sobie jednoczęściowy podróżny kostium niebieskiej barwy, przypominający nieco kombinezon robotniczy. Obok chłopaka stała dziewczynka, najwyraźniej jego młodsza siostrzyczka, gdyż podobieństwo między tą dwójką było co najmniej uderzające. Mała miała na sobie czarną koszulkę, bermudy tej samej barwy i białą spódniczkę, a z jej przewieszonej przez ramię żółtej torby wystawał mały, uroczy Pokemon przypominający pomarańczową myszkę.
Poczułam wtedy, że to może być nieco głupie przerywać walkę Asha, więc zarumieniłam się zawstydzona i powiedziałam:
- Czy nie mielibyście nic przeciwko, żebym też pooglądała tę bitwę?
- Oczywiście, że nie. Każdy jest mile widziany - odpowiedziała mi kobieta, uśmiechając się przyjaźnie.
- Zapraszamy cię do siebie. Chodź! - zawołał wesoło chłopak.
- Robi się bardzo ciekawie! - dodała jego młodsza siostrzyczka.
Rozpromieniona odpowiedziałam:
- To miło z waszej strony! Dzięki!
Następnie stanęłam obok nich i obserwowałam Asha, który wysyłał swojego Fletchlinga do walki z Surskitem Violi. Ściskając dłonie ze sobą obserwowałam, jak ptasi Pokemon mego przyjaciela z dziecinnych lat unika skutecznie lodowych promieni swego przeciwnika.
- Ekstra! - zawołałam.
- Dajesz, Fletchling! - pisnęła stojąca obok mnie dziewczynka.
Jednak Viola nie zamierzała się poddać. Wydała kolejne polecenie i jej Surskit zaczął strzelać we Fletchlinga pociskami z kleistej sieci. Na całe szczęście Ash wydał swemu ptasiemu Pokemonowi odpowiednie polecenie i już po chwili pod sufitem sali fruwała chyba z setka takich stworków jak on. Oczywiście były one jedynie iluzją, a prawdziwy był tylko jeden z nich. Surskit strzelał do jednego po drugim, a kiedy to robił, to fikcyjne ptaszki znikały. Prawdziwego jednak trafić nie zdołał.
- Ale on ma refleks! - zawołał z podziwem chłopak w okularach.
Jego siostra piszczała z zachwytu, wołając: „Atakuj! Atakuj! Atakuj! Atakuj!“. a ja, muszę przyznać, sama miałam ochotę to robić i pewnie tak bym postąpiła, gdyby nie fakt, iż jestem już na takie zachowanie o wiele za duża.



- Fletchling! Użyj Ciosu Wiatru! - wydał komendę Ash.
Pokemon wykonał szybko polecenie i już po chwili jego przeciwnik oberwał pociskami wypuszczonymi z skrzydeł drozda i leżał skołowany na ringu.
- Surskit jest niezdolny do walki! Wygrywa Fletchling! - oznajmiła koleżanka Violi, sędziująca tej walce.
- BRAWO! - zawołałyśmy głośno ja i blondwłosa dziewczynka, przybijając sobie nawzajem piątkę.
- Widziałaś, jak świetnie Ash poradził sobie w tym starciu?! - zawołała z podnieceniem w głosie moja mała rozmówczyni.
- Uhm! Był niezwykły! - odpowiedziałam radośnie.
Mała była pełna zapału, który udzielił się także i mnie.
- Teraz obu stronom zostało po jednym Pokemonie. Ash wciąż może jeszcze wygrać - powiedział brat dziewczynki.



Jednak Viola miała jeszcze niejednego asa w rękawie i już po chwili na ringu pojawił się kolejny Pokemon, przypominający motyla Vivillon. Moi towarzysze byli jednak zupełnie spokojni.
- Ruchy latających Pokemonów są bardzo skuteczne wobec Vivillona, więc Fletchling ma szansę wygrać - powiedział chłopiec w okularach.
Niestety, w tej sprawie nie okazał się on być dobrym prorokiem. Ponieważ nie posiadam wielkiego talentu do opisywania walk Pokemonów, poprzestanę jedynie na krótkim streszczeniu tej, której byłam świadkiem. Fletchling przystąpił zaraz do ataku, ale Vivillon użył Psychicznego Ciosu i cisnął tym biedakiem o ziemię. Ptasi Pokemon nie należał jednak do słabeuszy (podobnie zresztą, jak jego trener), więc szybko się pozbierał i ponownie zaatakował. Vivillon użył wtedy mocy wiatru. Dmuchając bardzo mocno swoimi skrzydłami odepchnął przeciwnika na jedną z kleistych sieci, które pozostawił po sobie jego poprzednik.
- To znowu ta kleista sieć! - zawołał chłopak w okularach.
- Och, nie! - pisnęłam.
Podejrzewałam, że Fletchling nie ma już w tej bitwie szans. Ash również musiał to wyczuwać, ale mimo wszystko zachęcał swego Pokemona do dalszej walki słowami pełnymi otuchy. Nic to jednak nie dało, ponieważ Vivillon uderzył w niego atakiem zwanym słonecznym promieniem. Ptasi Pokemon Asha opadł nieprzytomny na ziemię. To już był koniec walki. Viola zwyciężyła.
Czułam się okropnie. Ash na moich oczach poniósł oto sromotną klęskę, ale wyraźnie nie smuciła go ona tak bardzo, jak bolesne rany zadane Fletchlingowi oraz Pikachu (który, jak się później dowiedziałam, walczył zanim ja weszłam na Salę i poniósł porażkę z Surskitem). Chłopak w okularach oraz jego mała siostra podbiegli do Asha, aby go podnieść na duchu. Chciałam bardzo iść razem z nimi, jednak czułam, że jestem dla całego towarzystwa obca i zdecydowanie ta chwila nie była wcale odpowiednia na przypominanie o sobie. Ash raczej nie miał teraz nastroju na wspominki, ja zresztą także. Na pewno nie w takiej sytuacji.
- Musimy zabrać ich obu do Centrum Pokemonów. Ta bitwa była dla nich olbrzymim wysiłkiem - powiedział do Asha chłopak w okularach, podając mu rannego Pikachu.
Jego przyjaciel wziął na ręce oba swoje pokonane Pokemony i przytulił je mocno do piersi. Zauważyłam wówczas, z jak wielką troskliwością i delikatnością to robił. Przypominało mi to pewne wydarzenie sprzed paru lat, kiedy też przytulał do siebie kogoś rannego i słabego. Ciekawe, czy on jeszcze o tym pamiętał?
Ash zacisnął zęby ze złości i spojrzał mściwym wzrokiem na Violę, wołając przy tym:
- Wiem, że przegrałem, ale wrócę tu o wiele silniejszy, a wtedy mam nadzieję, że zgodzisz się na rewanż.
- Nie mogę się już doczekać. Wróć, kiedy chcesz - odpowiedziała mu wesoło Viola.
Po jej tonie trudno było mi wyczuć, czy mówi to złośliwie, czy też życzliwie. Możliwe, że jedno i drugie. W każdym razie dziewczyna była pewna, że choćby Ash wracał tu z tysiąc razy, to za każdym razem ona go pokona. Jej oczy mówiły to bardzo wyraźnie. Pomyślałam sobie wówczas, iż z wielką chęcią obejrzę sobie jej porażkę.



Chwilę później Ash, chłopiec w okularach i jego siostrzyczka minęli mnie bez słowa, a następnie ruszyli oni biegiem w kierunku Centrum Pokemon. Załamana widokiem rannych stworków nie umiałam się odezwać, ani ich zatrzymać. Poza tym, ta chwila zdecydowanie należała do ostatnich, które nadają się na to, aby przypominać im o swoim istnieniu. Musiałam jednak porozmawiać z Ashem i to najlepiej sam na sam. Jak jednak to zrobić?
Wtem dostrzegłam leżący na ziemi spory szaro-zielony plecak. Szybko się domyśliłam, że musi on należeć do uroczego i dzielnego trenera z regionu Kanto. Najwidoczniej chłopak był tak przejęty losem swoich podopiecznych, iż nawet nie pomyślał o tym, aby go zabrać ze sobą. Uświadomiwszy to sobie, podniosłam ów przedmiot i ruszyłam z nim na poszukiwania jego właściciela. Nie musiałam długo go szukać. Wystarczyło mi tylko skierować kroki w stronę najbliższego Centrum Pokemon. Tam zaś na tarasie, przy jednym ze stolików, siedzieli właśnie chłopak w okularach oraz jego siostrzyczka; oboje raczyli się ciastkami i herbatą. Asha z nimi nie było. Mój wzrok jednak wypatrzył go siedzącego niedaleko na jakimś murku i pogrążonego w myślach. Sądząc po wzroku, nie były one raczej wesołe. Trudno jednak było od niego takich oczekiwać. Przecież przed chwilą przegrał walkę, a do tego jeszcze oba jego Pokemony zostały poważnie ranne. Nie są to powody, aby skakać z radości.
Gdy tak siedział pogrążony w smutku, poczułam, że zwrot plecaka być może chociaż trochę poprawi mu humor, a wówczas będę miała większą możliwość porozmawiania z nim i przypomnienia mu, kim jestem oraz dlaczego go znalazłam. Chociaż głęboko w moim sercu czaiła się obawa, iż on mnie nie pamięta, to mimo wszystko uznałam, że nie po to go znalazłam, aby teraz uciec. Czasy, kiedy byłam jeszcze małą i zapłakaną Sereną minęły bezpowrotnie, a ja stałam się duża, silna oraz odważna. Trzeba kuć żelazo, póki gorące, jak to mówią. Podeszłam więc do Asha i powiedziałam:
- Przepraszam, to chyba twój plecak.



KONIEC CZĘŚCI I












6 komentarzy:

  1. Na prośbę autora zostawiam komentarz pod postem. Przeczytałem pierwszy rozdział. Całkiem nieźle napisany. Widać, że sporo czytał książek (np. Davida Copperfielda, ale z tego, co wnioskuję z komentarzy na filmweb, zna też wiele innych klasyków). Narracja z perspektywy tej dziewczyny jest dobrze poprowadzona. I na razie tyle, bo to dopiero początek. Fabułę trudniej mi ocenić, bo nie należę do kręgu fanów Pokemonów. Może jak bardziej się zagłębię w lekturę następnych rozdziałów, będę mógł napisać więcej. Na razie jestem zainteresowany. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj :)
    Myślę, że napisanie o tym rozdziale "WOW" byłoby bardzo dużym niedopowiedzeniem. Świetnie wczuwasz się w postać Sereny i piszesz naprawdę ciekawie :) Aż można dosłownie zapomnieć o całym świecie czytając to :)
    Z chęcią przeczytam jeszcze kolejne, ale to z czasem :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super artykuł. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. --- Ekstra --- Bardzo dobry początek, ale wolę blog 2

    OdpowiedzUsuń
  5. Miło się czyta. Mam taki dodatek:
    - Hej różowa panienko, nie poddawaj się i walcz!
    Scenka po tym, jak straszny Poliwag zaatakował srerenę.
    --- 5 minut potem ---
    Srerena *z pistoletem w ręku* Już ja se z tym Poliwagiem powalczę

    OdpowiedzUsuń

Rysunki autora 3

                                Ash z ukochaną Sereną pędzący na poszukiwanie nowych przygód                                                ...