Po opuszczeniu miasta Santalune ruszyliśmy w kierunku Lumiose. Szliśmy leśną ścieżką prowadząca przez las. Prawdę mówiąc cieszyło mnie, iż właśnie przez takie miejsce idziemy. Miałam ku temu swoje powody. Co prawda nie przepadałam za lasami, ale tylko w nocy. W dzień takie miejsca wydawały mi się całkiem przyjemne i przystępne. No, a poza tym, jakby nie patrzeć, to właśnie w lesie osiem lat temu los postanowił na mojej drodze najfajniejszego chłopaka pod słońcem. Dlatego też od tamtego czasu las kojarzył mi się z czymś naprawdę niezwykłym oraz tętniącym miłością (a przynajmniej ten w świetle dnia, ponieważ w tym mieniącym się blaskiem księżyca wolę nigdy nie zostawać dłużej niż to konieczne). Możecie mnie uważać za wariatkę, ale do dzisiaj tak mam.
Tamtego dnia nasza urocza, dzielna drużyna niczym czterej muszkieterowie wędrowała sobie szlakiem przygody poprzez las. Ash jak zwykle prowadził głośne rozmyślania sam ze sobą. Jakoś tak chwilę później zatrzymał się i zaczął bardzo uważnie rozglądać dookoła siebie, mówiąc:
- Ciekaw jestem, gdzie ukrywa się mój następny Pokemon?
Dzielny Pikachu natychmiast chętnie dołączył do poszukiwań prowadzonych z zapałem przez swojego trenera, rozglądając się dookoła z jego lewego ramienia. Oczywiście obaj niczego nie wypatrzyli, co jednak nie odbierało im zapału do działania.
- Hej, Ash! Jeśli złapiesz jakiegoś fajnego Pokemona, to będę mogła się nim po-opiekować? - zapytała podnieconym tonem mała Bonnie.
- No pewnie! - odpowiedział jej wesoło Ash.
- Tak się cieszę! - pisnęła z radością w głosie dziewczynka.
Clemont spojrzał na mnie uważnym wzrokiem, po czym zapytał:
- Powiedz, dlaczego zdecydowałaś się podróżować z nami, Serena?
Nieco zdumiona jego pytaniem zastanowiłam się przez chwilę, po czym postanowiłam skończyć raz na zawsze tę maskaradę. Zachichotałam lekko, a następnie wyjąłem powoli z kieszeni spódniczki chusteczkę i podeszłam do wciąż uważnie rozglądającego się po lesie Asha.
- Hej, Ash. Chciałabym ci coś dać. To twoje.
Po tych słowach, wyciągnęłam w jego kierunku chusteczkę. Była ona biała z niebieskimi brzegami oraz pokeballami wyszytymi w każdym rogu. Ash widząc ten dziwny przedmiot spojrzał najpierw na niego, potem na mnie, a potem znów na niego. Zaintrygowani tym Clemont i Bonnie podeszli do nas, aby dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.
- Nie poznajesz tej chusteczki? - zapytałam, uśmiechając się.
- Przeciwnie... Wydaje mi się ona jakoś dziwnie znajoma... Mama uszyła mi kiedyś taką chusteczkę... Dawno temu, gdy byłem jeszcze małym chłopcem... Była bardzo podobna do tej, którą właśnie trzymasz.
- To nie jest podobna chusteczka, Ash. To jest właśnie ta chusteczka, o której mówisz.
- To jest moja chusteczka?
- Zgadza się. Zobacz, są na niej jeszcze twoje inicjały.
Na dowód, wskazałam na jeden róg, w którym czerwoną nitką wyszyte były dwie małe literki.
- A.K. Ash Ketchum! - pisnęła mała Bonnie.
- Rzeczywiście - zdziwił się Ash, widząc te litery - Ale jeżeli to jest moja chusteczka, to skąd ty ją masz?
- A jak myślisz? Jak ona mogła trafić w moje ręce? - drążyłam powoli temat mając nadzieję, że oboje trafimy na te same tory.
- Właśnie, że nie mogła. To niemożliwe!
Cierpliwie i z uśmiechem na twarzy pomagałam chłopakowi przypomnieć sobie, w jakiż to sposób jego chusteczka trafiła w moje ręce. Mówiąc szczerze, takie odświeżanie wspomnień było bardzo rozkoszne.
- Ależ to możliwe, Ash - powiedziałam wesołym głosem - Sam mi ją przecież dałeś.
- Niemożliwe. Ta chusteczka była moja.
- A więc dlaczego teraz już nie jest? Zastanów się, bo odpowiedź jest bliżej niż ci się wydaje.
Ash zaczął powoli kalkulować, zaś ja pomagałam mu w tym najlepiej, jak to było możliwe.
- Zastanów się. Kiedy ostatni raz widziałeś tę chusteczkę?
- Jakoś tak parę lat temu. Miałem ją ze sobą, jak wyjechałem na letni obóz organizowany przez profesora Oaka. Mama mi ją specjalnie wtedy uszyła. Dobrze to pamiętam, bo potem zmyła mi głowę, że ją zgubiłem.
Zachichotałam radośnie.
- Nie zgubiłeś jej, Ash. Dałeś ją komuś, kogo poznałeś na tym obozie.
- Komuś, kogo poznałem na tym obozie? Ale komu? Ja tam poznałem wiele osób... Nie przypominam sobie jednak, żebym komuś ją podarował. Chyba, że...
Spojrzał mi w oczy i wówczas już dobrze wiedziałam, że zaczyna on sobie coś przypominać.
- Tak, Ash?
- Ja... Coś sobie przypominam... Ale nie... To chyba niemożliwe...
Widać było, że jego pamięć wciąż poważnie szwankowała, dlatego należało jej pomóc odzyskać wreszcie te niezwykle ważne dla nas obojga wspomnienia. Już najwyższa na to pora, pomyślałam sobie.
- Ash... Pamiętasz, jak wczoraj rozmawialiśmy o tym, że kiedyś, gdy byliśmy mali, to byliśmy na Letnim Obozie Pokemonów profesora Oaka?
- Tak - odpowiedział mi Ash, coraz bardziej zaintrygowany tym, co mówię.
- No... I właśnie wtedy mi to pożyczyłeś. Już pamiętasz?
Chłopak otworzył usta ze zdumienia, ja zaś zachichotałam lekko, po czym dodałam:
- A było to tak...
Siedmioletnia Serena Evans, ubrana w różową sukienkę i słomkowy kapelusz z różową wstążką, szła powoli przez las, który był dla niej bardzo przerażający. Przez własną nieostrożność oddaliła się od swojej grupy i teraz nie mogła nikogo z niej znaleźć.
- Hej! Gdzie są wszyscy?! Dokąd poszliście?! - wołała głośno dziewczynka zapłakanym głosem.
Nagle w krzakach coś się poruszyło. Serena krzyknęła przerażona i rzuciła się do ucieczki, jednak ledwo zrobiła pierwszy krok, a potknęła się o korzeń, po czym upadła na ziemię, zdzierając sobie skórę na kolanie. Spojrzała w stronę krzaka, z którego po krótkiej chwili wyskoczył nagle Poliwag, niewielki Pokemon przypominający granatową kulę z oczami, nóżkami i ogonkiem. Bynajmniej nie chciał on przestraszyć dziewczynki, jednak niechcący to zrobił, gdyż Serena na jego widok zaczęła piszczeć i płakać, stworek natomiast najzwyczajniej w świecie pognał przed siebie, po czym zniknął w oddali.
- Od początku nie chciałam jechać na żaden obóz! - łkała mała Serena - Po co mi to?! MAMO!
Nagle w tych samych krzakach, z których przed chwilą wyszedł ten mały Pokemon, znowu się coś poruszyło. Serena spojrzała przerażona w tamtą stronę, płacząc jeszcze mocniej. Zamknęła oczka, aby nie patrzeć na to, jakie okropne stworzenie zaraz zza nich wyjdzie i ją pożre.
- Poliwag? Jesteś tutaj? - odezwał się nagle jakiś dziecięcy głos, po czym dodał: - Hej! Wszystko w porządku?!
Serena otworzyła oczy i zobaczyła wówczas, że z krzaków wcale nie wyszedł żaden przerażający stwór, ale mały chłopiec w jej wieku. Miał on czarne włosy jak heban i oczy koloru orzechowej czekolady (za którą zresztą mała Serena wręcz przepadała). Nosił czerwono-żółtą koszulkę oraz niebieskie spodenki. Musiał być z tego samego obozu, co zagubiona właśnie w lesie dziewczynka, która w tej chwili bała się go równie mocno, co Pokemonów.
- Cześć, jestem Ash! A ty?! - zapytał wesoło do niej chłopiec, ale ponieważ nie doczekał się odpowiedzi, dodał: - Co jest?
- Skaleczyłam się w nogę! - odpowiedziała mu bardzo zapłakanym tonem dziewczynka, wskazując na swoje kolano.
Ash uśmiechnął się do niej przyjaźnie i ukucnął obok dziewczynki. Wiedział, co w takich wypadkach należy robić.
- Nie martw się. Mam coś.
Mówiąc to, wyjął on z kieszeni swoich spodenek białą chusteczkę z niebieską ramką i z pokeballami wyszywanymi w rogach.
- To ci pomoże - stwierdził wesoło chłopiec, po czym bez najmniejszej nawet trudności zawiązał ją na kolanie Sereny.
Dziewczynka wpatrywała się w niego ze zdumieniem w oczach. Nigdy nie spotkała się z kimś takim, jak on. Zwykle chłopcy dokuczali jej lub też woleli się bawić w swoim towarzystwie, z którego ją zawsze wyganiali. Nie spodziewała się nigdy spotkać jakiegoś rówieśnika, który by chciał spędzić z nią trochę czasu, a co dopiero mówić o pomocy. Ten chłopiec musiał być naprawdę inny niż wszyscy. Do tego miał takie ładne oczy...
- Gotowe! - powiedział zadowolonym głosem Ash, kiedy skończył robić opatrunek.
Widząc jednak, że Serena dalej wygląda na zasmuconą, dodał:
- A teraz patrz na to! Rzucę urok i przestanie cię boleć.
To mówiąc, zaczął wykonać dziwne ruchy rękami, po czym zawołał:
- Czary mary! Mądra stopa! Poczuj się zdrowa!
Widząc jednak, że jego magia nie pomaga, próbował dalej, wciąż się przy tym radośnie śmiejąc:
- Bólu, bólu... Odejdź stąd! - krzyknął wesoło.
Dziewczynka najwyraźniej jednak nie była w nastroju do zabawy, albo też po prostu ból w kolanie był zbyt silny, gdyż zapłakała i powiedziała:
- AU! To nie pomaga! Nadal bardzo boli! Nie mogę wstać!
Ash wszakże nie tracił z powodu jej słów dobrego humoru, ani tym bardziej chęci pomocy małej, płaczliwej dziewczynce.
- Hej, Różowa Panienko! Nigdy się nie poddawaj, tylko walcz! No już! Daj rękę!
Następnie wstał i radośnie wyciągnął dłoń w jej stronę. Serena zdumiona nie wiedziała przez chwilę, co ma zrobić, jednak postanowiła ona ostatecznie zaufać roześmianemu chłopcu i wyciągnęła rękę w jego stronę. Ash wówczas złapał ją za nią, a następnie przyciągnął dziewczynkę do siebie tak mocno, że ta aż wstała. Mimo to, kolano wciąż ją bolało, dlatego pisnęła i runęła prosto na chłopca, który wówczas bardzo mocno przytulił do siebie swoją rówieśnicę pogłaskał niezwykle pieszczotliwie jej włosy. Serena czując, co się dzieje, otworzyła nagle oczy, które wcześniej zamknęła z bólu i zobaczyła, że właśnie wylądowała w objęciach Asha. Zdumiona tym wydarzeniem lekko się od niego odsunęła i spojrzała mu w oczy.
Dlaczego on jest dla niej taki dobry? Dlaczego on jej pomaga, chociaż jest chłopcem, a ona tylko dziewczynką? Przecież chłopcy w szkole zwykle unikają towarzystwa dziewczynek, nie lubią ich, dokuczają im, ciągną je ciągle za włosy, szczypią itd. A ten nie! Do tego jeszcze bardzo czule ją przytulił. Mama mówiła, że chłopcy nie lubią się przytulać. Dlaczego ten lubi?
Ash nie wiedział oczywiście, jakie myśli krążą właśnie po głowie jego małej przyjaciółki, gdyż tylko uśmiechnął się do niej przyjaźnie i zawołał:
- Widzisz?! Dałaś radę. Wstałaś!
To mówiąc, wyszczerzył on radośnie zęby w szelmowskim uśmiechu i dodał:
- Powinniśmy wracać do naszego obozu. Dobrze? Chodźmy.
Następnie, wciąż trzymając w swojej dłoni rękę Sereny, zaprowadził ją przez las do obozu. Po drodze wciąż zdumiona dziewczynka wpatrywała się w postać swego wybawcy, zadając sobie na jego temat setki pytań. On zaś, zapomniawszy już, że wciąż nie wie, jakie imię ona nosi, opowiadał jej wesołe historie oraz swoje plany na przyszłość (chciał zostać najlepszym trenerem Pokemonów na całym świecie), jak również w chwila nazywał ją dowcipnie „Różową Panienką”, co Serenie jednak wcale nie przeszkadzało. Przeciwnie, uważała to za bardzo urocze przezwisko.
Już po chwili byli w swoim obozie. Ash uśmiechnął się przyjaźnie i lekko pociągnął za rękę Serenę, która patrzyła na niego zachwycona oraz zdumiona jednocześnie. Czuła wówczas, jak powoli w jej małym serduszku zaczyna tlić się ogień, którego znaczenia jeszcze nie rozumiała. Każdy dorosły powiedziałby jej, gdyby o to zapytała, że po prostu się zakochała. Tak mocno, jak mocno zakochać się może mała dziewczynka w różowej sukience. Niby to nic, zaledwie maleńkie i słodkie uczucie, a jednak miało ono w sobie naprawdę ogromną, potężną moc. I to potężniejszą niż się można było tego spodziewać.
- To chusteczka Asha?! - spytała Bonnie, gdy już skończyłam swoją opowieść - Z tamtej przygody?
- Zgadza się - potwierdziłam, po czym spojrzałam na mego wybawcę sprzed ośmiu lat - Umyłam ją i przechowywałam przez te lata. Zawsze mi przypominała o tym, jak się poznaliśmy.
- Niesamowite - wyszeptał Ash.
Zachichotała delikatnie i mówiłam dalej:
- Od dawna chciałam ci ją oddać, ale tak się złożyło, że nie było ku temu okazji. Teraz jednak jest, więc oddaję. Dziękuję.
Po tych słowach, wręczyłam Ashowi chusteczkę, który ze zdumieniem w oczach i głosie odpowiedział tylko:
- Spoko.
Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie, po czym dodałam:
- Widzisz, Ash... To było tak, że kiedy zobaczyłam niedawno w telewizji program o Garchompie i ty też tam byłeś, od razu postanowiłam cię odnaleźć.
Ash nagle rozpromienił się.
- Chwila! Teraz sobie przypominam! Rzeczywiście, byłaś na Letnim Obozie Pokemonów! Nosiłaś wtedy taki słomkowy kapelusz oraz różową sukienkę, no i jeszcze...
- Różowe buciki. Tak, to się zgadza. Właśnie tak się wtedy ubierałam, Ash - potwierdziłam z uśmiechem radości na twarzy - A pamiętasz może, jak mnie wtedy nazywałeś?
Ash podrapał się po głowie, po czym odpowiedział:
- Niech no pomyślę… To było coś związanego z twoim strojem... Już wiem! RÓŻOWA PANIENKA!
- Zgadza się! - odpowiedziałam mu wesoło.
- Tak, Różowa Panienka! Tak cię nazywałem! Faktycznie! Ale numer! Teraz już pamiętam! Potem już przez resztę obozu trzymaliśmy się cały czas razem. Pływaliśmy w jeziorze, karmiliśmy Magikarpy, śpiewaliśmy wesołe piosenki, robiliśmy sobie teatr cieni... Nawet wnuk profesora Oaka, Gary, który tak lubił mi dokuczać, nazywał nas „narzeczonymi“, ale my się tym nie przejmowaliśmy.
- Tak, to prawda, Ash - chichotałam radośnie na wspomnienie tych wydarzeń - Spędziliśmy na obozie cały miesiąc i to bardzo wesoło. Potem musieliśmy się pożegnać, a ja dopiero w domu zorientowałam się, że nie oddałam ci tej pięknej chusteczki.
- He he he! Tak, to rzeczywiście zabawne.
- Owszem, ale chyba zabawniejsze jest to, że ty nigdy po naszym pierwszym spotkaniu nie zapytałeś mnie o moje imię.
- Wiem, to dość dziwne, ale jakoś wolałem cię nazywać Różową Panienką.
- He he he! Tak, to prawda. Ale ja bardzo lubiłam, jak tak do mnie mówiłeś - dodałam czując, jak serce zaczyna mi bić z radości coraz mocniej.
A więc mnie pamięta! Nie pomylił mnie z żadną inną dziewczynką. Co za ulga. Już się bałam, że… A zresztą, to nieważne! Najważniejsze jest to, że mimo wszystko Ash mnie zapamiętał, chociaż nie od razu zdołał sobie przypomnieć swoją małą przyjaciółkę z obozu. Swoją Różową Panienkę.
- To niesamowite! A więc to ty! To naprawdę ty! Dziewczyna w słomkowym kapeluszu! Różowa Panienka! Moja mała, miła przyjaciółka! - wołał radośnie Ash wręcz podnieconym tonem - Teraz już sobie wszystko przypominam. To naprawdę byłaś ty, Sereno! I teraz, po ośmiu latach, zadałaś sobie tyle trudu, żeby mi oddać chusteczkę?! Niesamowite! Tylko po to pokonałaś taki kawał drogi?
- Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, wpatrujący się we mnie z ramienia Asha.
- Nie tylko. Przyznam szczerze, że chciałam cię po prostu zobaczyć... Ale... Nie spodziewałam się, że w ogóle nie będziesz mnie pamiętać.
Mówiąc ostatnie słowa, zrobiłam nadąsaną minę, chociaż prawdę mówiąc, uczyniłam tak jedynie dla zasady, aby wiedział, że tak łatwo mu nie daruję tego, iż o mnie nie pamiętał, podczas gdy ja nigdy nie zapomniałam tego wydarzenia, które miało miejsce osiem lat temu.
Ash zarumienił się lekko i podrapał zakłopotany po głowie.
- Tak wyszło, sorki! - powiedział, a wierny Pikachu dodał w swoim języku coś podobnego do przeprosin.
Chwilę później cała nasza czwórka wybuchła radosnym śmiechem, który przerwał nam jakiś przerażający odgłos.
- Co to za hałas? - zapytała Bonnie.
Zaczęliśmy się rozglądać dookoła siebie, bardzo zaciekawieni, co wywołało te odgłosy. Nie dość, że coś bardzo niebezpiecznie stukało i tupotało, to do tego jeszcze ziemia wokół się trzęsła. To nie wróżyło nic dobrego.
Jako pierwsza obróciłam się w kierunku, z którego dobiegł nas ten dźwięk i zobaczyłam stado Rhyhornów pędzących w naszą stronę. Nie były jednak same, ponieważ na ich grzbietach siedzieli ludzi. Najwidoczniej trafiliśmy na wyścigi, zaś ścieżka, którą szliśmy, była ich trasą wyścigową. Szczęśliwie w ostatniej chwili odskoczyliśmy na boki.
- To Rhyhorny! - krzyknęłam.
- I kolejne! - dodał Clemont przerażonym tonem.
Ash szybko wyjął Pokedex bardzo ciekaw, co też on mu powie na temat tych stworzeń.
- Rhyhorn! Pokemon kolczak! Rhyhorn podczas swego biegu na nic nie zważa i tratuje wszystko, co stoi na jego drodze - rzekł mini-komputer.
Wszystko na jego drodze, łącznie z ludźmi, dodałam w myślach. Co za pech! A więc po to opuściłam rodzinny dom, w którym ciągle się o tych stworzeniach mówiło, żeby teraz znowu na nie trafić? I to jeszcze podczas wyścigów? Los bywa niekiedy naprawdę złośliwy.
- Co tu jest grane? - zapytał Ash.
- To wyścig Rhyhornów - pospieszyłam z odpowiedzią.
- Wyścig? - zdziwił się Ash.
Widać pierwszy raz o nich słyszał, szczęściarz. Zanim jednak zdążyłam mu wyjaśnić, w czym rzecz, to podjechała do nas nagle na motocyklu sierżant Jenny. Ubrana ona była w błękitny uniform z czarną spódniczką, w którym to stroju wyglądała świetnie. Miała też zielone włosy oraz brązowe oczy, a tymi oczami bardzo uważnie nas lustrowała. Nie wyglądała przy tym wcale na zachwyconą. Pozwoliłabym sobie nawet stwierdzić, iż była niesamowicie zła. Na nas, rzecz jasna, nie na ścigających się.
- Co wy najlepszego wyczyniacie? - zapytała naszą czwórkę spokojnym, acz też niezadowolonym tonem - Nikomu nie wolno tu przebywać. Dokładnie tędy przebiega trasa wyścigów Rhyhornów.
- Trasa wyścigów Rhyhornów? - zdumiał się Ash.
- Dokładnie. Tutaj już od lat urządzane są wyścigi na tych Pokemonach - wyjaśniła sierżant Jenny - Macie szczęście, że was nie stratowały.
- Wielkie szczęście - powiedziałam z ironią w głosie.
Policjantka popatrzyła na nas uważnie, po czym dodała:
- To dobrze, że nic wam się nie stało. Ja już muszę wracać do swoich obowiązków. A wy już tu lepiej więc się nie kręćcie, zgoda?
Nim jednak sierżant Jenny zdążyła odjechać, mała Bonnie złożyła ze sobą dłonie i pisnęła:
- Jaka ona odpowiedzialna i mądra, a do tego piękna! Już wiem! Jesteś tą jedyną!
I nim ktokolwiek zdążyłby ją powstrzymać, Bonnie uklękła na jedno kolano przed sierżant Jenny i zawołała:
- Proszę cię, zaopiekuj się moim bratem!
Jenny była kompletnie zaszokowana prośbą dziewczynki, podobnie zresztą jak i ja. Ash chichotał lekko w duchu, po czym na ucho wyznał mi, że Bonnie już nie pierwszy raz wyczynia takie hece. Za to Clemont był całą tą sytuacją wręcz załamany. Wyglądał tak, jakby miał się zapaść pod ziemię ze wstydu.
- No cóż... To trochę... dziwne - powiedziałam zmieszanym tonem.
- Miła propozycja, kochanie, ale nie sądzisz, że jestem nieco za stara dla twojego brata? - zapytała równie skołowana, co ja, sierżant Jenny.
- Wiek nie ma tutaj znaczenia. Liczy się przede wszystkim miłość! - pisnęła Bonnie.
Clemont podbiegł do siostry i rumieniąc się na twarzy wrzasnął:
- Bonnie! Prosiłem cię milion razy, nie rób mi wstydu!
Dziewczynka jednak, nie zrażona jego krzykiem, odpowiedziała mu:
- Wiesz przecież, że musisz mieć kogoś, kto się tobą zaopiekuje, a moim zdaniem Jenny byłaby idealną żoną.
- Ja? Żoną? - zdumiała się nieco Jenny.
Ash i Pikachu dusili się ze śmiechu, ja zaś, podobnie jak policjantka, nie wiedziałam, co powiedzieć.
- No nie! Co za upokorzenie! - zawołał Clemont - Muszę aktywować ramię Aipoma!
Gdy to powiedział, z jego plecaka wysunęła się metalowa, wielka ręką, która chwyciła małą Bonnie za koszulkę i odciągnęła daleko od policjantki.
- Możesz w końcu przestać wtrącać się w nieswoje sprawy, co?! - jęczał Clemont.
- Jenny! Obiecaj mi, że to przemyślisz! - wołała radośnie Bonnie.
Policjantka po chwilowym szoku, wywołanym tymi dosyć niespodziewanymi oświadczynami dziewczynki, ponownie się uśmiechnęła, dała nam jeszcze kilka lekcji odpowiedniego zachowania się w lesie i odjechała. Kiedy już zniknęła za horyzontem, Clemont spojrzał na siostrę wzrokiem bazyliszka.
- Bonnie, ile razy mam cię prosić, byś tak nie robiła?! Ale mi dzisiaj narobiłaś wstydu.
- Jenny! Obiecaj, że przemyślisz moją propozycję! - krzyczała Bonnie za odjeżdżającą policjantką.
- Jaką propozycję? - zapytałam nieco zdumiona tym wszystkim, czego byłam świadkiem.
Bonnie spojrzała na mnie uważnie.
- Przecież nie będę wiecznie zajmować się bratem, a więc muszę mu znaleźć kochającą i odpowiedzialną żonę!
Clemont załamany opuścił głowę w dół, a Ash z Pikachu turlali się już po ziemi ze śmiechu. Ja natomiast, chociaż wstyd mi się do tego przyznać, po chwili dołączyłam do nich.
- Ale śmieszne! Naprawdę! Strasznie zabawne! - mruknął Clemont, wyraźnie niezadowolony naszym zachowaniem.
Po tych wydarzeniach, cała nasza wesoła drużyna, zainteresowana wyścigami Rhyhornów, podążyła do najbliższego miasta, w którym właśnie odbywały się wyżej wspomniane zawody. Spotkaliśmy w nim znaną nam już sierżant Jenny, której na całe szczęście Bonnie przestała się już narzucać ze swoimi propozycjami matrymonialnymi. Kobieta, gdy powiedzieliśmy, iż interesują nas wyścigi, zabrała nas na wzgórze. Mieliśmy z niego doskonały widok na miejscowy stadion.
- W dole widzimy wieś Odyseję. To tu startuje wyścig. Start i meta jest w centrum wsi, a cała trasa biegnie głównie przez pobliskie lasy.
No tak, to by tłumaczyło, dlaczego uczestnicy wyścigu o mały włos nas nie stratowali, pomyślałam sobie.
Na wielkim ekranie, znajdującym się na stadionie, widzieliśmy dokładnie wyścig, jaki się właśnie odbywał.
- Pierwszy raz jestem na wyścigach Rhynhornów - powiedział Ash.
- W tym regionie te wyścigi są bardzo popularne - rzekł Clemont.
- Przyznaję, że są one niezwykle widowiskowe - stwierdził chłopak moich marzeń z wyraźnym zachwytem w głosie.
- Pika-pika! - zgodził się z nim Pikachu.
- Rhyhorny są takie słodziutkie! - pisnęła Bonnie.
- W większych miejscowościach są specjalne tory do wyścigów Rhyhornów. Tutejsza trasa należy raczej do łatwych - powiedziałam.
Ash spojrzał na mnie z podziwem w oczach. Uwielbiam, kiedy to robi.
- Serio? Sporo wiesz na ten temat - rzekł.
- Zgadza się - odpowiedziałam, po czym postanowiłam dalej zasłużyć na jego podziw, więc zaczęłam mówić dalej – Wiesz, w oficjalnych wyścigach Rhyhornów zawsze bierze udział sześć Rhyhornów.
- Nieźle - zawołał z uśmiechem Ash.
- Jutro odbędą się amatorskie wyścigi, w których każdy może wziąć udział - powiedziała nam sierżant Jenny - Ash! Może byś wystartował i spróbował swoich sił?
Ani Ashowi, ani Pikachu nie trzeba było tej propozycji dwa razy powtarzać. Ich wzrok już wyrażał chęć wzięcia udziału w tych zawodach.
- Poważnie? No jasne, że tak!
- Pika-pika! - krzyknął radośnie Pikachu.
Sierżant Jenny zaprowadziła nas do miejscowej trenerki Rhyhornów. Ta z kolei przyprowadziła nas do zagrody, w której pasło się kilka takich stworzeń.
- To są Rhyhorny, które wiedzą, co to wyścigi - powiedziała nam - Śmiało, chłopcze. Wybierz sobie tego, który ci się podoba.
- Naprawdę mogę sam sobie wybrać? - zapytał wesoło Ash tonem dziecka, któremu Święty Mikołaj pozwala wziąć z worka dowolny prezent.
- Moi drodzy, ja muszę już wracać do pracy. Baw się dobrze, Ash. No, to pa! - zawołała Jenny odchodząc.
- Taki właśnie mam zamiar. Dziękuję, sierżant Jenny! - odpowiedział jej mój przyjaciel, po czym zwrócił swój wzrok w kierunku Rhyhornów - Którego by tu wybrać?
- Każdy jest taki słodziutki - zapiszczała wesoło Bonnie.
Ash ruszył powoli w kierunku Pokemonów. Miałam jednak w tej kwestii zbyt wiele doświadczenia, aby nie wiedzieć, że w ten sposób narobi on sobie tylko kłopotów.
- Ash, zatrzymaj się! - krzyknęłam.
Na szczęście mnie posłuchał.
- Jeśli zajdziesz Rhyhorna od tyłu, bardzo łatwo może się on przestraszyć i uciec. Zrób tak... Podejdź od przodu i nie wykonuj gwałtownych ruchów.
To mówiąc zademonstrowałam, jak to się robi i pogłaskałam delikatnie łeb na pozór tylko groźnego zwierzęcia.
- Widzisz? - zapytałam, patrząc na Asha.
- Niesamowite - zdumiał się chłopak, a Pikachu pisnął na znak, że również jest pod wrażeniem.
Uśmiechnęłam się do nich i powiedziałam:
- Ten Rhyhorn wygląda mi na łagodnego i bardzo bystrego.
- Fajnie. No to wybieram cię - Ash idąc za moją radą delikatnie oraz czule podszedł do Pokemona, ukucnął przy nim i pogłaskał go po głowie - Bardzo mi miło cię poznać, Rhyhorn.
- Serena, jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem jak dobrze obchodzisz się z Rhyhornami - powiedział Clemont.
Zarumieniłam się delikatnie, słysząc ten uroczy i miły komplement, po czym odpowiedziałam:
- Dziękuję. Wiecie, moja mama brała udział w wyścigach Rhyhornów i już gdy byłam maleńka, uczyła mnie, jak się przy nich zachowywać.
Ash spojrzał mi w oczy z zainteresowaniem.
- Czy to znaczy, że ty też chcesz uczestniczyć w wyścigach, tak jak kiedyś twoja mama? - zapytał.
Zarumieniłam się lekko.
- No cóż... Wyścigi Rhyhornów są spoko, ale tak sobie myślę, że na pewno jest jeszcze na tym świecie coś, co jeszcze bardziej lubię robić.
Tym czymś jest zaś przebywanie z tobą, Ash, dodałam w myślach. Na głos jednak nie odważyłam się tego powiedzieć, więc jedynie wyjaśniłam, że jeszcze nie do końca zdecydowałam, czy chcę brać udział w takich wyścigach. Clemont oczywiście miał już na ten temat swoją teorię.
- Wygląda na to, Sereno, że cały czas poszukujesz jeszcze swojej drogi życiowej - powiedział.
- Uhm - przytaknęłam.
- Mam prośbę, Serena - odezwał się Ash - Skoro tak wiele wiesz o wyścigach Rhyhornów, to może nauczyłabyś mnie paru zasad i pokazała mi też, jak się na nich jeździ?
- Ale... Ja?
Zdziwiła mnie jego prośba. W końcu w całym tym miasteczku jest na pewno masa o wiele bardziej doświadczonych ode mnie jeźdźców. Dlaczego też właśnie moją skromną osobę Ash poprosił o pomoc? Czyżby to miało coś wspólnego z tym, że jak mówił, inspiruję go?
- Masz w tym duże doświadczenie. My wszyscy jesteśmy niestety całkowicie zieleni w tym temacie - powiedział Clemont uroczystym, choć też przyjaznym tonem.
- Proszę, Serena! Zgódź się! - zawołała radośnie Bonnie.
Kiedy już wszyscy zaczęli mnie o to prosić, nie mogłam im odmówić, a już zwłaszcza Ashowi. Dla niego byłabym gotowa zaprzedać duszę diabłu, gdyby tylko mnie o to prosił. No, może niekoniecznie diabłu, ale na pewno coś w tym rodzaju zrobiłabym, jeśliby było trzeba. Dlatego też, po krótkiej chwili namysłu, odpowiedziałam:
- No, w sumie mogłabym.
- No dobra, kochani! Jestem gotowa! - zawołałam, gdy już przebrałam się w jednoczęściowy kombinezon do jazdy na Rhynornie.
Strój ten przypominał nieco połączenie bluzy i spodni robotniczych, jednak był na tyle elastyczny i nie krępował ruchów, że w sam raz nadawał się do jazdy na tych niezwykłych, choć chwilami także i niebezpiecznych Pokemonach. Był to ten sam strój, który nosiłam w domu wtedy, gdy ćwiczyłam jazdę na Rhyhornach. Miałam nadzieję nigdy więcej go nie założyć, ale na prośbę mojej mamy wzięłam ów strój ze sobą w podróż i jak widzę, dobrze zrobiłam, gdyż bardzo mi się on teraz przydał.
Muszę tu wyjaśnić, że osobiście, chociaż bardzo lubię modę, to jakoś nigdy nie uległam najnowszym trendom mówiącym o tym, jak nowoczesne jest noszenie spodni przez przedstawicielki płci pięknej. Nigdy ich nie nosiłam, ani zwykłych, ani tym bardziej dżinsów. Nie rozumiałam też nigdy dziewczyn, które je nosiły i uważały, że ładnie w nich wyglądają, tak jak Viola czy Alexa. Moim skromnym zdaniem spodnie są zdecydowanie za męskie, a dżinsy to już tym bardziej. Nie, to nie mój styl! Ja zawsze wolałam wygodne sukienki lub też krótkie spódniczki, ewentualnie spodenki nie krępujące mi ruchów. Nawet w zimne dni nie nosiłam tej męskiej części garderoby, jak lubiłam nazywać spodnie. Zwykle w takich właśnie sytuacjach zakładałam jedynie grube rajstopy lub legginsy (także grube), a poza tym zima u nas nigdy nie była zbyt mroźna, więc nie musiałam się przejmować, że zmarznę.
Dlatego założenie tego kostiumu, składającego się również ze spodni, było dla mnie wyjątkową sytuacją, ale ostatecznie w sukience mogłam łatwiej pokazać Ashowi, jak się jeździ. Miałam jednak naprawdę wielką nadzieję, że spodobam się chłopakowi w każdym stroju, jaki będę miała na sobie.
- Świetnie wyglądasz! - zawołała Bonnie na mój widok.
- Pika-chu! - pisnął Pikachu z uśmiechem na pyszczku.
- Róż ci pasuje - dodał Clemont.
- Och, dziękuję - odpowiedziałam mu wesołym tonem i dodałam po chwili: - Dla zabawy naszyłam na mój kostium te serduszka.
To mówiąc, wskazałam ręką na jedną z nogawek, na której widniały dwa, nachodzące na siebie, różowe serca.
- Są takie słodkie! - wołała Bonnie.
Ucieszyła mnie bardzo pochwała moich przyjaciół, jednak przede wszystkim chciałam poznać opinia jednej osoby, która jeszcze się nie wypowiedziała w tej sprawie.
- Ash! Patrz!
Mój przyjaciel z dzieciństwa, który to właśnie dopasowywał ostatecznie na siebie podobny do mojego kostium, tyle tylko, że ciemno-niebieski, spojrzał w moją stronę i powiedział szczerym głosem:
- Wyglądasz bombowo.
- To moja stylizacja wyścigowa - odpowiedziałam mu.
- Wiesz, ładnie ci w różu, Różowa Panienko. A ja stawiam na niebieski. I jak wyglądam? - zachichotał wybranek mego serca.
- Idealnie! - zawołała Bonnie klaszcząc w dłonie.
- Sama bym tego lepiej nie ujęła, Błękitny Chłopcze - zaśmiałam się wesoło, nadając Ashowi nową ksywkę, która najwyraźniej bardzo mu przypadła do gustu.
Ale ksywki ksywkami, a trening treningiem, dlatego też oboje bardzo szybko skierowaliśmy się w stronę Rhyhorna, którego wybrał Ash. Pokemon miał już na sobie siodło oraz uzdę, był więc gotowy do tego, aby na nim jechać. Zatem bez zbędnych słów przeszłam do działania.
- Najpierw bardzo powoli podejdź do Rhyhorna, żeby go nie spłoszyć.
Ash wykonał polecenie. Był bardzo pojętnym uczniem, nawet lepszym niż ja, gdy pierwszy raz zaczęłam trenować jazdę na tych Pokemonach. U mnie o wiele trudniej szło słuchanie czyichś rad, a zwłaszcza mamy. Chociaż może naprawdę sporo zależy nie tylko od ucznia, ale również i nauczycielki oraz jej podejścia do nauczanego przedmiotu? Pewnie tak jest.
- Potem postaw tu nogę, odbij się i wskocz na siodło - pokazałam Ashowi, w którym miejscu musi położyć stopę.
Chłopak zrobił tak, jak mu kazałam, ale niestety przeskoczył nieco zbyt mocno, także wylądował po drugiej stronie Pokemona.
- Nic ci nie jest? - zapytał przerażony tym widokiem Clemont.
- Wejście na tego rumaka jest trudniejsze niż myślałem - mruknął Ash, masując sobie dłonią obolałe siedzenie.
- Oczywiście. Trzeba potrenować - rzekłam do niego przemądrzałym tonem.
- No pewnie, trening! - zawołał Ash pełen zapału do działania.
Rzeczywiście, zapał to on miał. Niestety, mimo usilnych prób nie udało mu się usiąść na Rhyhornie. Z drugiej jednak strony sama wiedziałam, jakie to trudne, także nie miałam do niego o to pretensji. Bonnie i Pikachu wydali z siebie jęki zawodu, z kolei Clemont stwierdził, że to trudne, ale musi być przecież jakiś łatwiejszy sposób, żeby dosiąść tego Pokemona.
- Możesz mi pokazać, jak to się robi, Serena? - poprosił mnie Ash po którymś z kolei upadku.
Zawahałam się nieco, kiedy to zrobił. Trudno mi było mu powiedzieć, że na swój sposób boję się jeździć na Rhyhornie, a może po prostu tego nie lubię, gdyż mama w przeszłości zbyt często mnie do tego zmuszała. Czy jednak mogłam zawieść Asha, tym bardziej, że bardzo mi na nim zależało? W żadnym razie!
- No proszę cię! Jeśli nie uda mi się na niego wejść, to jak ja mam niby wystartować w wyścigu?!
Westchnęłam głęboko i postanowiłam wreszcie ustąpić, bo ostatecznie dobry nauczyciel powinien często udzielić uczniowi lekcji poglądowej, aby ten lepiej zrozumiał przedstawiany mu temat.
- No dobra, Ash, przypatruj mi się uważnie - powiedziałam powoli wsiadając na Pokemona - Najpierw noga, a potem do góry!
- Serena, masz talent! - zawołała z dumą Bonnie.
- Pika! - zgodził się z nią Pikachu.
- Jesteśmy pod wielkim wrażeniem - dodał Clemont.
- Serio? - zarumieniłam się mocno, słysząc te słowa - Ash! Gdy chcesz, żeby Rhyhorn ruszył, uderz go lekko stopami po bokach.
Zademonstrowałam mu, jak ma to zrobić i już po chwili, ku wielkiej radości moich przyjaciół, jechałam spokojnie na Rhyhornie. Clemont oraz Bonnie byli wniebowzięci, Ash zaś obserwował dokładnie każdy mój ruch, by potem móc go powtórzyć podczas zawodów.
- Dobra, a co zrobić, żeby jechał szybciej? - zapytał po chwili.
- Już pokazuję.
Nie zdążyłam jednak tego zrobić, gdyż Rhyhorn nagle zawarczał i nim się obejrzałam, zrzucił mnie z siebie. Upadłam na siedzenie, po czym jęknęłam z bólu. Jednak nie był to koniec moich problemów, gdyż otoczyły mnie Rhyhorny. Czułam, że oto nadeszła moja ostatnia godzina, jednak ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Pokemony zaczęły mnie lizać. Byłam chyba równie zdziwiona, co moi przyjaciele. Czego jak czego, ale tego żadne z nas się nie spodziewało. A więc one były jednak przyjaźnie usposobione? Zaraz w mojej głowie odżyły wspomnienia Rhyhorna, który ciągle mnie z siebie zrzucał. Pomyślałam sobie wówczas, że być może on po prostu chciał się ze mną bawić, a jego tego nie rozumiałam.
- Przestańcie! To łaskocze! Ja mam łaskotki! - piszczałam, dusząc się przy tym ze śmiechu.
- Co tu jest grane? - zdziwił się Ash.
- Wygląda na to, że dobrze się bawi - odpowiedział mu wesoło Clemont - Te Rhyhorny bardzo lubią Serenę.
- Hej! To nie fair! - pisnęła zazdrosnym tonem mała Bonnie - Ja też bym chciała, żeby mnie tak słodziutkie Rhyhorny połaskotały! Idę do was!
I zanim jej brat zdążył ją zatrzymać, dziewczynka dziko skoczyła do mnie i pozwoliła się lizać Pokemonom po twarzy.
- Ale słodziak! Rhyrhorny są takie milutkie! - wołała przy tym, a ja musiałam przyznać jej rację.
Jakiś czas później jednak powróciliśmy do ćwiczeń. Ash siedział już na grzbiecie Rhyhorna, który za swój cel chyba powziął zrzucenie go z siebie, co mu się nie udawało, ja zaś z Bonnie śmiałyśmy się z tego, jak obśliniły i ubłociły nas Pokemony. Miałyśmy z tego niezły ubaw.
- Już prawie umiesz! Tak trzymaj! - kibicował Ashowi Clemont.
- Pika-pika! - wołał stojący obok niego Pikachu.
- Ash, mój kowboju! - dodała bojowym głosem Bonnie, zaś jej mały Dedenne równie ochoczo, co ona, dodawał chłopakowi otuchy.
- Serena! I jak mi idzie?! - zawołał do mnie Ash.
Oczywiście nie mogłam zachować milczenia w tej sytuacji i musiałam mu odpowiedzieć. Spojrzałam więc uważnie na chłopaka i krzyknęłam:
- Zamknij buzię, bo sobie przygryziesz język! Wytrzymaj! Bądź taki, jak Rhyhorn! Złącz się z nim w jedno!
Ledwo to zrobiłam, a zaraz w mojej głowie odżyła scena, jak matka zmuszała mnie do jazdy na tych stworzeniach. Używała dokładnie takich samych słów, jak ja wobec Asha. O nie! Czyżbym zamieniała się w swoją matkę?! To było po prostu przerażające, tym bardziej, że jej rady nigdy nie skutkowały, a ja i tak zawsze zlatywałam z grzbietu jej ulubieńca.
Ash jednak nie był mną (na całe szczęście) i rady ode mnie wziął sobie chyba mocno do serca, gdyż po chwili znalazł z Pokemonem wspólny język. Rhyhorn przestał wreszcie wierzgać i zaczął spokojnie chodzić po wybiegu.
- Hej, umiem! - zawołał radośnie Ash.
Pikachu pisnął wesoło i wskoczył swemu trenerowi w objęcia.
- Gratuluję, Ash! - powiedział Clemont z dumą w głosie.
- Jesteś już gotowy, żeby wystartować w tych wyścigach - stwierdziła mała Bonnie tonem znawcy.
- Jeśli za pierwszym razem ci się nie uda, próbuj dalej i to właśnie zrobiłeś - popisywał się Clemont.
Ash jednak nie zwracał uwagi na pochlebstwa. Zamiast tego zaczął powoli karmić wodą z poidła swego Rhyhorna oraz delikatnie głaskać go po głowie.
- Proszę, nie zawiedź mnie jutro w wyścigu - powiedział mój idol, po czym dodał: - Fajny jesteś, Rhyhorn!
Patrząc na tę scenę nie mogłam się oprzeć bardzo pozytywnym emocjom. Pomyślałam sobie tak: Ash zawsze daje z siebie sto procent i to jest jego siłą. Może... Może wcześniej nie rozumiałam, o co tak naprawdę chodzi w wyścigach? Niewykluczone, że on zrozumiał to szybciej ode mnie, choć nie miał do czynienia z nimi od dzieciństwa, tak jak ja. W dodatku Ash jest, co tu dużo mówić, po prostu wspaniały. Tak szybko zdobywa przyjaciół oraz zawiera nowe znajomości. Nawet dość nieufny Rhyhorn zdołał go polubić i znaleźć w nim równego sobie partnera. Bardzo chciałabym być taka, jak on. Strasznie bym tego chciała.
Ale wróćmy już lepiej do mojej opowieści, ponieważ chyba trochę za bardzo zapędziłam się w opisywanie swoich uczuć.
Nasza drużyna zrobiła sobie postój w Centrum Pokemonów, gdzie miejscowa siostra Joy przyjęła nas wręcz z otwartymi ramionami. My oraz nasze Pokemony uraczyliśmy się pyszną kolacją, po czym poszliśmy spać. Nim jednak to się stało, Ash podszedł do mnie i korzystając z chwili, że byliśmy sami, powiedział:
- Serena... Chciałem ci podziękować za to, że nauczyłaś mnie jeździć na Rhyhornie.
- Nie ma za co, to drobiazg. Ty na pewno zrobiłbyś to samo na moim miejscu - odpowiedziałam mu z uśmiechem na twarzy.
- Ja uważam, że jednak jest za co dziękować, Sereno. Dzięki tobie mogę startować w jutrzejszych wyścigach.
- I to dla ciebie jest takie ważne?
- Owszem, ma to dla mnie duże znaczenie.
- A jeśli przegrasz?
- Tu nie chodzi o wygraną ani przegraną. Po prostu chcę wypróbować swoje umiejętności i nic poza tym. Tak, zdecydowanie wolałbym wygrać niż przegrać, ale przede wszystkim chcę się dobrze bawić, a ty mi to umożliwiłaś. Za to też ci dziękuję.
Nieco zawstydzona jego słowami, schowałam dłonie za siebie, nie mogąc wykrzesać z siebie ani jednego słowa. Bąknęłam tylko:
- Spoko.
Ash uśmiechnął się do mnie, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął z niej jakiś przedmiot.
- Chcę, abyś przyjęła to ode mnie. Na stałe.
To mówiąc, wręczył mi on swoją chusteczkę. Tę samą, którą wcześniej mu oddałam. Zdziwił mnie bardzo ten prezent, którego przecież w żadnym razie się nie spodziewałam. Nie, żeby mi się on nie podobał, bo wręcz przeciwnie, z tą chusteczką wiązało się wiele pięknych wspomnień, ale jednak byłam zdumiona.
- Ash, to przecież twoja chusteczka, którą ci dzisiaj oddałam.
- Tak, masz rację - odpowiedział mi czułym tonem Ash - Jednak... Chciałem ci coś podarować w zamian za to, że mi tak pomagasz i wierzysz we mnie.
Zaśmiałam się radośnie, słysząc jego słowa, a serce jeszcze mocniej zabiło mi w piersiach.
- Ash, głuptasie... Nie musisz mi niczego ofiarowywać, żebym wiedziała, że jesteś mi wdzięczny - powiedziałam.
Chłopak spojrzałam na mnie czule.
- Rozumiem, ale widzisz... Ja po prostu uznałem, że skoro już tak długo ją miałaś, to powinnaś mieć ją dalej. Poza tym myślę, że ona wiele dla ciebie znaczy.
- Tak, masz rację. Ona wiele dla mnie znaczy, to prawda... Ale Ash...
- Nie ma żadnego „ale“. Weź ją i koniec.
Z uśmiechem na twarzy oraz wielką radością w sercu, wzięłam od niego chusteczkę, po czym schowałam ją czule do kieszeni.
- Dam ci w zamian inną, obiecuję ci to - powiedziałam z zapałem, za późno się orientując, że wcale nie mam pewności, czy zdołam spełnić swoją obietnicę.
Ash zachichotał wesoło, słysząc moją deklarację.
- Trzymam cię za słowo, Sereno.
- Ja zawsze dotrzymuję obietnic.
- Podobnie jak i ja.
To mówiąc, podszedł do mnie i delikatnie pocałował mnie w policzek.
- Dziękuję ci jeszcze raz za to, że tak wspaniale mi pomagasz, Sereno. Bez ciebie nie wygrałbym mojej ostatniej walki i nie mógłbym też wystąpić w tym wyścigu. Robisz dla mnie więcej niż myślisz. Naprawdę ci dziękuję.
Kiedy mnie pocałował, zarumieniłam się na całej twarzy, a serce zabiło mi tak mocno, że aż lekko zabolało. Chłopak zachichotał na ten widok dokładnie tak samo, jak osiem lat temu, gdy byłam zdumiona, czemu mnie przytulił.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym Ash poszedł spać, ja zaś długo jeszcze stałam w miejscu czując na policzku dotyk jego warg. Dopiero, kiedy wreszcie ochłonęłam, przyszedł mi nagle do głowy genialny pomysł. Ponieważ następnego dnia miały się odbyć wyścigi Rhyhornów postanowiłam z tej okazji przygotować coś wspaniałego dla najwspanialszego chłopaka pod słońcem. A dokładniej rzecz biorąc, to w tajemnicy przed przyjaciółmi, w towarzystwie mojego Fennekina, poszłam do kuchni upiec dla Asha pyszne ciasteczka, które miały być nagrodą za jego trud oraz poświęcenie, jakie wkłada we wszystko, co robi.
Mój Pokemon głośno zapiszczał, ale położyłam delikatnie palec na usta.
- Nie możemy hałasować.
Fennekin zrozumiał, gdyż też położył sobie łapkę na pyszczku i dał znak, że postara się być najciszej, jak się tylko da. Zadowolona z takiego efektu, włożyłam blachę z ciastkami do piekarnika.
- Mam nadzieję, że będą smaczne - powiedziałam.





































Witaj, to znowu ja :)
OdpowiedzUsuńPo dokładnym i uważnym przeczytaniu rozdziału muszę stwierdzić, że nie ma się absolutnie do czego przyczepić ;) No może poza jedną rzeczą - w pewnym momencie jakoś w połowie dwa razy napisałeś ten sam akapit, ale to nie zmienia faktu, że i tak rozdział jest cudowny :)
A ta Bonnie szukająca żony dla Clemonta... Myślałam, że spadnę z krzesła ze śmiechu :)
A co do Sereny - widać, że jej postać się rozwija. Miło, że Ash przypomniał sobie moment ich poznania na obozie profesora Oaka. :) Te wspomnienia były naprawdę ciekawe, Ash jako rycerz ratujący swoją damę - to miało cudowny urok :)
A te wyścigi Rhyhornów - taki paradoks, Serena tak od nich uciekała, tak ich nie lubiła, ale i tak na nie trafiła ;)
Rozdział cudowny, chociaż trochę długi, ale to dobrze, lubię długie rozdziały :) Niedługo zajrzę do kolejnej części :)
Pozdrawiam serdecznie :*
Dziękuję za recenzję i za zwrócenie uwagi na błąd na blogu. Przez pomyłkę dałem na bloga ten sam akapit zamiast kolejnego i była lekka luka w fabule. Ale już to naprawiłem :)
UsuńFajny wpis, lubię te, które jeszcze nie mają pełnego Amourshipping (w sensie cały blog Ah i Serena na tropie jest ekstra, no może tylko ciągle powtarzają się słowa pisane przez narratora ,,Serenę" ,,luby" i ,,chłopak" Ja rozumiem, że Serena to Serena i charakteru się zmienić nie da, ale...)
OdpowiedzUsuń