piątek, 8 grudnia 2017

Pokemon - Kartka z pamiętnika cz. 4


Następnego dnia, zgodnie z zapowiedzią, odbyły się ostatnie w tym sezonie wyścigi Rhyhornów. Miały one to do siebie, że praktycznie każdy mógł wziąć w nich udział, nawet cudzoziemiec. Co za tym idzie, Ash bez problemów wystąpił jako jeden z zawodników. Na jego ramieniu usadowił się Pikachu, który postanowił mu towarzyszyć w tych zmaganiach. Zaś ja, Clemont i Bonnie usiedliśmy na widowni, aby mieć jak najlepszy widok na naszego idola.
- Ash! Wierzymy, że wygrasz! - zawołała do niego radośnie Bonnie, głosem pełnym podziwu.
Uważała ona bowiem naszego przyjaciela za swego mistrza, którego chciałaby naśladować (co po cichu, w tajemnicy przed chłopcami, wyznała mi kilka dni po tych wydarzeniach).
Ash uśmiechnął się do niej przyjaźnie, po czym spojrzał na Clemonta i mnie. Widać nasza obecność miała dla niego znacznie większe znaczenie niż myśleliśmy. Pogłaskał jeszcze przyjaźnie po głowie swojego Rhyhorna, oczekując na rozpoczęcie wyścigu.
- Uwaga! START!
Tym oto właśnie okrzykiem rozpoczęły się wyścigi Rhyhornów, zaś wszyscy zawodnicy wystartowali. No, prawie wszyscy. Ash pozostał na miejscu, gdyż jego Rhyhorn, nie wiedzieć czemu (być może przestraszył się hałasu wywołanego przez swoich kolegów) zaczął się nagle rzucać i wierzgać. No tak, z tymi Pokemonami zawsze jest jakiś problem. Możesz je uważać za słodkie, ale mimo wszystko któregoś dnia cię zawiodą, to więcej niż pewne.
- Ale kiepski początek - jęknęła zawiedziona Bonnie.
- Oby tylko się pozbierał - powiedziałam zasmuconym głosem.
- Mam nadzieję - dodał Clemont, chociaż ton, w jakim to powiedział, raczej nie miał w sobie wiele wiary.



Na szczęście, mimo naszych obaw, Ash zdołał zapanować nad swym Rhyhornem i dołączyć do pozostałych uczestników wyścigu. Już po chwili wszyscy zawodnicy zniknęli nam z oczu, jednak ogromny ekran za pomocą kamer ukazywał nam, jak przebiegają zawody. Z sercem bijącym mi bardzo mocno podziwiałam Asha i w duchu krzyczałam głośniej niż cały stadion.
Nagle stało się coś, czego nikt z nas nie przewidział. Cztery kamery, obserwujące uważnie wyścig, zaczęły niespodziewanie szwankować, a ich obraz powoli znikł. Najpierw zginął widok z jednej kamery, który ukazywał się w prawym górnym rogu wielkiego ekranu, a w końcu pozostałe trzy.
- Co się stało? - zapytałam zdumiona.
- To chyba jakieś usterki - odpowiedział Clemont - Mam nadzieję, że zaraz to naprawią, bo inaczej przegapimy resztę wyścigu.
Nadzieja matką głupich, mówi przysłowie. W tym przypadku okazało się ono być niezwykle adekwatne, gdyż obraz nie powrócił mimo tego, iż czekaliśmy na to ładnych kilka minut.
- Ooo! Mamy problemy techniczne! Coś musiało się wydarzyć na trasie! Tylko co?! - mówił komentator załamanym głosem.
Coś się musiało stać?! Tylko nie to!
- Biedny Ash! - jęknąłem.
- Chodźmy to sprawdzić! - zawołał Clemont i ruszył biegiem w stronę lasu.
Choć chłopak nigdy nie przepadał za bieganiem, to tym razem ruszył z kopyta szybciej niż najszybszy Rhyhorn świata. Ja i Bonnie z trudem go dogoniłyśmy. Widocznie to obawa o przyjaciela dodała mu sił.
W końcu dotarliśmy do lasu. Mając jednak na względzie to, aby nie stratowali nas zawodnicy, zeszliśmy ze ścieżki i biegliśmy przez głębię lasu. Dobrze zrobiliśmy, ponieważ po chwili, kiedy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się nieprzyjemny widok. Wszyscy zawodnicy leżeli z boku trasy związani niczym cała masa baleronów. Ash natomiast siedział skrępowany na środku ścieżki i wyraźnie się z kimś kłócił. Tym kimś była dwójka ludzi, mężczyzna i kobieta, mający najwyżej dwadzieścia parę lat. Kobieta miała różowe, rozpuszczone włosy, mężczyzna fioletowe i krótko ostrzyżone, oboje zaś nosili na sobie biało-czarne stroje z wielką, czerwoną literkę R. Towarzyszył im chodzący na tylnych łapach Pokemon Meowth, który najwyraźniej mówił ludzkim głosem.
- Co to za typy?! - zapytałam cicho, żeby nas nie usłyszeli.
Na pewno czytelnika może zdziwić moje pytanie, ponieważ sam z łatwością rozpoznał przeciwników, a poza tym dzień wcześniej usłyszałam o tych ludziach od Asha, jednak nie miałam pewności, czy obserwowane przez nas osoby były tymi samymi przestępcami, o których mówił mi mój przyjaciel.
- To są Jessie, James i Meowth! Zespół R! Złodzieje Pokemonów! - wyjaśnił mi Clemont, potwierdzając tym moje obawy - Ash już nieraz miał z nimi do czynienia, a ja i Bonnie, kiedy się do niego przyłączyliśmy, również mieliśmy nieprzyjemność ich spotkać. Ich głównym celem jest złapanie Pikachu Asha oraz wszystkich innych Pokemonów, jakie tylko się im nawiną. Jak widzę, nie odpuszczają.



- Uwięzili wszystkie Rhyhorny! - pisnęła mała Bonnie z przerażeniem w głosie.
Przyjrzałam się miejscu, które mi wskazała i rzeczywiście miała rację. Wszystkie Pokemony uczestniczące w wyścigu siedziały w jakiś wielkich klatkach, a z nimi również i Pikachu.
- Musimy je uwolnić! - powiedziałam, chociaż nie miałam bladego pojęcia, jak to zrobić.
- Mam pewien pomysł - stwierdził Clemont - Widzicie pręty tych klatek? Nie są prawdziwe, ale zrobione sztucznie z elektryczności, a steruje się nimi za pomocą pilota, który trzyma James. Jeśli zniszczymy pilota, to pręty znikną i Rhyhorny uciekną.
- Dobrze, ale jak to zrobić? - zapytałam.
Muszę przyznać, że w głębi serca nie przejmowałam się tyle losem uwięzionych Pokemonów, co losem Asha i jego Pikachu. Jeśli ten Zespół R zrobi im krzywdę, to pożałują tego! Znajdę ich choćby na końcu świata i zapłacą mi za wszystko, pomyślałam sobie.
- Zostawcie to mnie! - przerwał moje rozmyślania Clemont - Już ja wiem, co należy zrobić.


Widząc, że Zespół R zamierza uciec z Rhyhornami i Pikachu, kpiąc sobie przy tym z Asha w żywe oczy, Clemont wypuścił jednego ze swych Pokemonów. Był to Bunnelby, Pokemon królik. Na polecenie swego pana wwiercił się w ziemię, po czym dokopał się do pojazdu Zespołu R i sypnął piaskiem w oczy Meowth, który siedział właśnie za kierownicą. Następnie podkopał się pod tym draństwem i wywołał jego kolizję. Teraz była okazja do ataku!
- AU! - jęczeli Jessie i James, próbując się pozbierać z ziemi.
- Poproszę o rachunek! - dodał Meowth, który był mocno skołowany.
- Brawo, Bunnelby! - zawołał radośnie Clemont, wysuwając się zza drzew i wciąż dysząc po swoim niedawnym biegu - Chyba zdążyliśmy w samą porę, co Ash?!
- Clemont! - zawołał radośnie chłopak na widok swojego przyjaciela - No pewnie! Zdążyłeś w sam raz na zabawę.
- Ash! - krzyknęłam wybiegając z kryjówki i podbiegając radośnie do chłopaka.
- Jesteś cały?! - zapytała Bonnie, która pierwsza dopadła chłopaka i zaczęła go rozwiązywać.
- Serena! Bonny! Tak się cieszę, że was widzę! - zawołał radośnie Ash na nasz widok - Zdążyliście w samą porę! Zabawa bez was robiła się już nudna.
- Już my damy zabawę tym nędznym złodziejaszkom! - powiedziałam, patrząc mściwie na Zespół R.
- Przeczuwałem, że stało się coś niedobrego, ale czegoś takiego się nie spodziewałem - rzekł Clemont, podbiegając do nas.
- Ten wredny Zespół R jest okropny! - pisnęła Bonnie spoglądając w stronę Jessie i Jamesa, który z bólem masowali sobie pośladki.
- Ty jędzo! Oberwiesz za te słowa! - odgrażała się Jessie.
Fennekin, którego w międzyczasie wypuściłam z pokeballa, popatrzył na mnie i zaczął piszczeć.
- Co się stało? A! Już wiem! Pikachu i reszta mają kłopoty, a ty chcesz im pomóc. Zgadza się? - zapytałam mojego Pokemona.
Mój ukochany lisek zapiszczał na znak potwierdzenia, więc z radością wydałam mu polecenie, aby zaatakował on Jessie i Jamesa żarem. Fennekin z przyjemnością wykonał polecenie, przypiekając nieco naszych wrogów. Zgodnie z planem Jamesowi wypadł wówczas z dłoni pilot do sterowania klatkami. Clemontowi zaś tylko tego było trzeba. Chwycił on najostrzejszy kamień, jaki tylko znalazł i rzucił się na ów przedmiot, krzycząc przy tym:
- Dla dobra nauki!
I nim Zespół R zdołał go powstrzymać, pilot został zniszczony, a pręty w klatkach zniknęły. Rhyhorny oraz Pikachu byli wolni, a Jessie, James i Meowth mieli teraz spore kłopoty.



- Oj, straciłem dobry humor! - jęknął Meowth widząc zmierzające w ich stronę wściekłe Rhyhorny.
- Jakoś tak chłodniej się zrobiło! - dodała przerażona Jessie.
- Będziemy przekąskami na zimno! - rzekł równie przelękniony, co jego kompani James.
- Hej, wyluzujcie! Złość szkodzi naszemu zdrowiu! - pisnął Meowth w stronę Rhyhornów.
Nic mu to jednak nie pomogło. Jeden z nich bowiem rzucił się w ich stronę i uderzył całą trójkę mocno swoim rogiem. Jessie, James i Meowth pofrunęli w siną dal, krzycząc przy tym:
- Zespół R niestety znowu błysnął!
Kiedy to się stało, wszyscy razem zaczęliśmy skakać z radości oraz gratulować sobie nawzajem. Ash, którego Bonnie zdążyła już rozwiązać, podszedł do mnie i Clemonta dziękując nam za okazaną pomoc.
- Hej! A mnie to już nie podziękujesz za to, że cię rozwiązałam, co?! - pisnęła z naburmuszoną miną Bonnie.
Ash widząc to zaśmiał się, ukucnął przy dziewczynce i powiedział:
- Tobie zaś szczególnie dziękuję, ty moja mała bohaterko.
To mówiąc pocałował ją delikatnie w czoło. Bonnie zareagowała na tę czynność niczym bohaterki większości kreskówek, które często oglądałam w dzieciństwie. Najpierw zarumieniła się na całej twarzy, a potem zemdlała mamrocząc coś, że jak dorośnie, to chce wyjść za mąż za Asha. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem, gdy usłyszeliśmy te słowa. Och, kochana Bonnie! Jakież ona miała zabawne pomysły.
- Nikomu z was nic się nie stało?! - odezwał się nagle znajomy głos za naszymi plecami.
Należał on do sierżant Jenny, która to właśnie przyjechała na miejsce akcji. Niestety przybyła za późno, aby aresztować Zespół R.
- Jesteśmy cali i zdrowi - odpowiedział w imieniu nas wszystkich Clemont.
Policjantka zaraz przeszła do wykonania czynności służbowych, jakie zwykle następują w takich oto sytuacjach. Oczywiście o kontynuowaniu wyścigu nikt już nie myślał, ale Ash tego nie żałował. Jak sam powiedział, nie zależało mu na wygranej, lecz na samym uczestnictwie w zawodach. Ja zaś z dumą głaskałam za uszami mego Fennekina i doszłam do wniosku, że mogłabym sobie dać radę w bitwach Pokemonów. Wystarczyło uwierzyć w siebie, tak jak to robił wybranek mego serca.

***


Tego samego dnia, późnym popołudniem, udało mi się dodzwonić do mamy. Opowiedziałam jej w skrócie najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce od czasu, jak wyruszałam w podróż, po czym przedstawiłam jej swoich przyjaciół. Pozwoliłam im również stanąć przed ekranem telefonu, by mogła ich zobaczyć. Każdy z nich po kolei się przedstawił.
- Miło panią poznać! Ja jestem Ash, a to mój kumpel, Pikachu!
- Pika-pika!
- Jestem Clemont! Siema!
- Mam na imię Bonnie! A to jest Dedenne!
- De-ne-ne!
Z uśmiechu mojej mamy wywnioskowałam, że musieli jej oni bardzo przypaść do gustu.
- Pokażę ci Fennekina! - zawołałam radośnie, gdy prezentowałam mej mamie swego Pokemona - Wiesz, Fennekin od niedawna mi towarzyszy.
- Miło was wszystkich poznać - powiedziała moja mama z uśmiechem na twarzy - Zaopiekujcie się moją córką.
Przed ekran telefonu nagle wepchnął się Ash i zawołał:
- Pani Evans! Wie pani, co zrobiła Serena? Nauczyła mnie, jak jeździć na Rhyhornie!
- Ash, wcale nie musiałeś o tym wspominać, wiesz?! - jęknęłam nieco przerażona, słysząc jego słowa.
Jakoś nie chciałam, żeby mama wiedziała, że nagle polubiłam coś, co tak bardzo krytykowałam. Po prostu wolałam nie dawać jej satysfakcji ani powodu, aby sobie ze mnie potem żartowała. Chłopak jednak widocznie nie zrozumiał aluzji i zaczął mówić dalej:
- Ale taka prawda! A! I jeszcze jedno! Powiedziała mi, żebym był jak Rhyhorn i to mi pomogło!
Odepchnęłam Asha od ekranu i zawołałam:
- Hej, mamo! Wiesz co?! Postanowiłam, że wyruszę w podróż razem z Ashem i jego wspaniałymi przyjaciółmi! Fajnie, nie?!
Mama uśmiechnęła się do mnie delikatnie, po czym odpowiedziała:
- Serio? To wspaniale. Baw się dobrze.
Bardzo mnie zdziwiły jej słowa. Po tylu latach krytykowania mojego braku zainteresowania jej pasją, teraz nagle spotykała mnie z jej strony pochwała? To było dość niezwykłe.
- Eee… Mamo…
- Poważnie. To będzie dla ciebie wspaniałe doświadczenie. Zobaczysz.
Uśmiechnęłam się radośnie do mojej mamy czując, że nareszcie obie znalazłyśmy wspólny język, a przynajmniej choć trochę. Długo to trwało, ale w końcu się udało. Czasami chyba warto długo czekać na coś, czego się bardzo pragnie.

***



- Sorki, że tak długo! - zawołałam zbiegając ze schodów Centrum do moich przyjaciół - Jeszcze w to nie wierzę! Idę z wami!
Byłam tym wszystkim naprawdę podekscytowana. To miała być moja pierwsza podróż, a ponadto w towarzystwie najlepszych przyjaciół, jakich kiedykolwiek mogłam poznać w życiu, nie mówiąc już o tym najbardziej uroczym chłopaku na całym świecie, jakiego miałam przyjemność poznać. No, czyż może być coś wspanialszego?
- Będzie odlotowo! - powiedział Ash.
- Pika! - zapiszczał siedzący mu na ramieniu Pikachu.
- Czeka nas wiele niesamowitych i ciekawych przygód - dodał wesoło Clemont.
- Będziemy psiapsiółkami! - zawołała radośnie Bonnie.
O ile oczywiście zechcesz zrezygnować ze swoich matrymonialnych planów wobec Asha, zaśmiałam się w duchu. Na głos jednak odparłam:
- Też tak myślę. A właśnie, Ash! Proszę. To dla ciebie.
Następnie wyjąłem z kieszeni spódniczki mały woreczek i wręczyłam go chłopakowi. Zaintrygowany Ash otworzył go, po czym zobaczył, że jego zawartość stanowią ciasteczka, które upiekłam wczoraj w nocy, kiedy oni spali.
- Jej! Ciasteczko! Wygląda przepysznie! - zawołał Ash i natychmiast wsadził je sobie do ust.
Zaśmiałam się w duchu widząc to wszystko. Mama zawsze mówiła, że przez żołądek najłatwiej dotrzeć do serca mężczyzny. Najwidoczniej miała rację, przynajmniej w przypadku Asha, który z natury bardzo lubił łakocie. Raz nawet stwierdził, że wszyscy chłopcy lubią słodycze, ale nie wszyscy mają dość odwagi, żeby się do tego przyznać. Cóż… Jego o brak odwagi nie można było posądzić.
Patrząc, jak pałaszuje ciasteczka uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- To za to, że byłeś taki pracowity... No i dziękuję ci, za tamto... No wiesz, za co.
Ash uśmiechnął się do mnie. Wiedział doskonale, co mam na myśli. To, o czym on zapomniał, ale jednak przypomniał sobie dzięki mnie, a co ja nigdy nie zapomnę do końca życia. Za wydarzenie sprzed ośmiu laty, kiedy się po raz pierwszy spotkaliśmy.
- A czemu my nie dostaliśmy ciastek? - jęknęła Bonnie widząc, jak jej idol pożera ciastko za ciastkiem, aż zaczął się krztusić.
- Za szybko jesz, Ash! - zwrócił mu uwagę Clemont.
Zachichotałam delikatnie, widząc co on robi. Jedz, kochanie, jedz. Nie musisz się przejmować. Zawsze z przyjemnością upiekę ci więcej ciastek, jeśli tylko zechcesz, pomyślałam sobie. Na głos zaś powiedziałam:
- Nie martw się, Bonnie. Upiekłam także i dla was.
To mówiąc wręczyłam zaraz jeden woreczek ciasteczek Bonnie, a potem drugi Clemontowi, wprawiając ich w ten sposób w wielką radość. Jednakże największą satysfakcję dał mi widok Asha, kiedy ten częstował moimi ciastkami swego Pikachu. Widać obaj zasmakowali w mojej kuchni. Tym łatwiej będzie mi zdobyć ich serca, pomyślałam. A jeżeli zdobędę przychylność Pikachu, to zdobycie miłości jego trenera pozostanie już tylko kwestią czasu.
Takie oto właśnie myśli krążyły po mojej głowie, kiedy we czwórkę wyruszaliśmy w swoją wielką podróż.


Wieczorem, tego samego dnia, kiedy znalazłam możliwością pobycia z Ashem sam na sam, wręczyłam mu do ręki kolejny prezent.
- Proszę, Ash. To dla ciebie - powiedziałam z miłością w głosie.
Chłopak spojrzał w swoją dłoń i zobaczył w niej chusteczkę bardzo podobną do tej, którą on mi ofiarował. Z tym, że ta była wyszywana w uśmiechnięte buzie Pikachu oraz miała moje inicjały S.E.
- Wow! Jaka piękna chusteczka! Skąd ją masz?! - spytał Ash wyraźnie zafascynowany podarunkiem.
- To moja własna - odpowiedziałam zgodnie z prawdą - Widzisz... Ja bardzo chciałam mieć chusteczkę podobną do twojej (bo przecież tę twoją postanowiłam ci oddać przy pierwszej okazji), więc mama nauczyła mnie szyć, żebym mogła sobie zrobić kopię pamiątki po tobie. Długo to trwało, poraniłam sobie nieźle palce igłą podczas tych lekcji, ale udało mi się i proszę! Ta dam! Chusteczka gotowa! To właśnie ona, jednak chcę, abyś ty ją teraz miał.
Ash nie ukrywał swojego podziwu moim rękodziełem.
- Nie wiedziałem, Sereno, że umiesz szyć. I to jeszcze tak pięknie - powiedział.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz - zachichotałam wesoło.
- Liczę jednak, że się ich dowiem.
- Na pewno się dowiesz. Musisz tylko trochę poczekać.
- Jestem cierpliwy, więc mogę czekać.
To mówiąc Ash uważnie obejrzał chusteczkę ode mnie.
- Jej! Ona ma twoje inicjały!
- Zgadza się - potwierdziłam wesołym głosem - Wyszyłam je dzisiaj po południu. Buzie Pikachu także. Dzięki temu, za każdym razem, kiedy będziesz sam i spojrzysz na nią, przypomnisz sobie o mnie.
- He he he! Jest naprawdę piękna. Dziękuję ci, Serena.
- Nie ma za co, Ash. Nie ma za co.
- Teraz będziemy mieli takie same chusteczki. Każdy ma inicjałami drugiej osoby.
Ash cieszył się z prezentu jak dziecko, co wywołało radość również i we mnie.
- To prawda. Będą one symbolem naszej.... Naszej przyjaźni.
Zawahałam się lekko, kiedy to mówiłam, gdyż wiedziałam, że to, co do niego czuję, to nie jest tylko i wyłącznie przyjaźń, ale nie byłam pewna, czy on odwzajemni moje uczucie. Wiedziałam jednak, że jestem gotowa na to poczekać nawet całe życie. On jest tego wart.

***


Od tamtego czasu minęło już kilka miesięcy, a może więcej? Sama już nie wiem. Czas mijał nam w zawrotnym tempie, dni następowały po sobie szybko, a przygoda wciąż goniła przygodę. W ciągu tego całego czasu odwiedziliśmy już wiele miejsc oraz przeżyliśmy niejedną niesamowitą przygodę, które to przygody połączyły nas w niezwykle zgraną drużynę. Jednak ja zawsze z prawdziwą przyjemnością wspominać będę te przygody, które opisałam w swoich pamiętnikach. Te, które pozwoliły mi na to, aby w moim życiu na nowo pojawił się najbardziej wyjątkowy chłopak na świecie. Ash Ketchum. Mój chłopak.

***


Nim zakończę moją historię chciałabym jeszcze coś wyjaśnić. Otóż Ash i ja od kilku dni jesteśmy parą. Czyż to nie cudowne?! Długo to trwało, nim ostatecznie oboje zdobyliśmy się na odwagę, aby powiedzieć sobie nawzajem te jakże ważne dla nas słowa. Ostatecznie walka z Zespołem R oraz potyczki i walki Pokemonów wymagają mniej odwagi niż powiedzenie drugiej osobie, że się ją kocha. Jednak w końcu nadeszła ta radosna chwila. I tak jak to powinno zawsze wyglądać, to chłopak pierwszy zrobił krok w kierunku dziewczyny, którą kochał. A ona musiała już tylko odpowiedzieć kolejnym krokiem, co oczywiście uczyniła.
Jak jednak do tego doszło? Już opowiadam.
Otóż pewnego wieczoru, kiedy Clemont i Bonnie już spali, wyszłam z namiotu, aby się przejść wokół naszego obozu. Taki mały, wieczorny spacerek zawsze mi pomagał lepiej zasnąć. Ledwie jednak to zrobiłam, a zobaczyłam Asha patrzącego w ziemię. Doglądał on ogniska, które paliło się jeszcze małym płomieniem. Chłopak był jakiś taki dziwnie zasępiony. Poczułam, że na pewno ma jakiś problem i nie wie, jak ma sobie z nim poradzić. Postanowiłam więc z nim porozmawiać.
- Centa za twoje myśli - powiedziałam z uśmiechem, podchodząc do niego.
Ash spojrzał na mnie i uśmiechnął się na mój widok.
- Serena!
- Nie przeszkadzam ci?
- Nie no! Skądże! Niby w czym mogłabyś mi przeszkadzać? Chyba w myśleniu o niebieskich migdałach.
Wcale nie o tym myślisz, mój ty kłamczuchu. Ale jeżeli wolisz bawić się w podchody, to już twoja wola. Ja nie ułatwię ci zadania. Sam musisz pokonać tego smoka, mój ty rycerzu.
- Mogę pomyśleć razem z tobą? - zapytałam niewinnym tonem.
- No pewnie. Siadaj - rzekł chłopak i zrobił mi miejsce obok siebie.
To był właśnie pierwszy krok, o którym wspominałam. Tym jednym, na pozór nic nie znaczącym ruchem, Ash zmienił na zawsze życie nas obojga.
Usiadłam więc obok niego i patrzyłam, jak bawi się on patykiem i coś nim gryzmoli na piasku.
- Co robisz? - zapytałam.
- Sam nie wiem. Nie mogę zasnąć, a to pozwala mi się jakoś wyciszyć - odpowiedział mi.
- Ja też nie mogę spać. Daj, narysuję coś.
To mówiąc wzięłam od niego kijek i narysowałam nim głowę Pikachu. Ash przyjrzał się rysunkowi. Widocznie mu się on spodobał.
- Ładnie rysujesz. A teraz moja kolej.
Ash wziął ode mnie kijek i narysował nim głowę Fennekina. Nawet nieźle mu to wyszło.
- WOW! To mój Fennekin! Jak żywy! Ty też pięknie rysujesz.
- Dzięki, Sereno.
Wówczas nasze spojrzenia się spotkały tak, jak jeszcze nigdy tego nie zrobiły. Oboje zarumieniliśmy się, ja zaś czułam, że serce podchodzi mi aż do gardła i chyba zaraz przez nie wyskoczy, zaś Ash wciąż się we mnie wpatrywał takim zniewalająco pięknym spojrzeniem. Jego cudowne oczy koloru orzechowej czekolady sprawiały, że drżały mi kolana, zaś słowa w ustach zaczęły się plątać. Nie wiedziałam wcale, co mam mu powiedzieć. Na szczęście dla nas to on przejął inicjatywę.
- Wiesz, Serena… Chciałbym ci powiedzieć, że naprawdę cudownie mi się z tobą podróżuje. Kiedyś powiedziałem, iż mnie inspirujesz i to jest prawda. Dzięki tobie czuję w sobie, ile trzeba, żeby podbić nawet cały świat. Żadne niebezpieczeństwo nie jest mi groźne, kiedy ty jesteś obok mnie. Mam kilku przyjaciół rozrzuconych po całym świecie, ale… Ale z nich wszystkich to TY znaczysz dla mnie najwięcej.
Zarumieniona na twarzy nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Ash zaśmiał się delikatnie i zaczął kreślić litery mego nazwiska: S.E. Serena Evans.
- Nie znam piękniejszych liter w całym alfabecie - powiedział.
- Naprawdę? A tak się składa, że ja znam - odpowiedziałam nabierając nagle odwagi w sercu by zrobić to, co planowałam.
- Tak? A jakie?
- A takie.
Wyjąłem z jego rąk patyk i narysowałam nim jego inicjały: A.K. Ash Ketchum.
Ash zarumienił się delikatnie widząc to, co robię. Muszę przyznać, że ładnie mu było z tym rumieńcem na twarzy.
- Zachowujemy się jak dzieci, Ash. To zwariowane - powiedziałam przerywając w końcu ciszę, jaka między nami zapanowała.
- No i bardzo dobrze - odpowiedział mi chłopak - Czasami trzeba zabawić się tak, jak za dziecinnych lat. Choćby w takie pisanie patykiem na piasku. Kiedyś bardzo lubiłem to robić. Wiesz, że tak uczyłem się pisać?
- Naprawdę? - zachichotałam słysząc jego słowa.
- Owszem.
- To tak samo jak ja!
- Nie wierzę! Poważnie?!
- Oczywiście.
Ash zaśmiał się i popatrzył mi w oczy, a ja poczułam, że gdybym teraz stała, to upadłabym pod wpływem jego cudownego spojrzenia.
- A gdybyśmy tak oboje znali się dłużej i uczyli się razem pisać, to co byś mi napisała?


Zastanowiłam się przez chwilę, po czym napisałam na ziemi SERENA LUBI ASHA. Chłopak zachichotał widząc to zdanie.
- A ty co byś mi napisał?
Ash bez słowa wziął ode mnie patyk, po czym napisał nim na piasku ASH LUBI SERENĘ. Jednak po chwili coś go tknęło i zły zamazał nogą słowo LUBI.
- Ash, co ty robisz?! – zdziwiłam się, widząc jego reakcję.
- To nie to słowo chciałem napisać.
- Więc mnie nie lubisz?
- Ależ lubię! Bardzo cię lubię, ale teraz nie to słowo chciałem napisać. Chciałem napisać inne, ale… Nie mam dość odwagi, żeby to zrobić.
- Kto by pomyślał? Masz odwagę walczyć w bitwach Pokemonów, a brak ci sił, żeby napisać jedno, maleńkie słowa?
Ash spojrzał na mnie najpoważniejszym wzrokiem, jaki tylko potrafiły stworzyć jego oczy. Oczy koloru orzechowej czekolady.
- A jeśli od tego słowa zależy całe moje życie? - zapytał.
- To tym bardziej powinieneś je napisać - odpowiedziałam bez chwili wahania.
- No dobrze. A więc napiszę je.
Zawahał się jednak przez chwilę, nim to zrobił.
- Chociaż... Może lepiej później to zrobię… Teraz jest już późno i w ogóle...
Nie zamierzałam pozwolić mu na to, aby zrezygnował. Nie wolno mu było tak postąpić. Nie w takiej chwili. Jeśliby teraz stchórzył, to znowu zaczęlibyśmy uciekać od siebie i kryć przed sobą swoje uczucia. Dłużej tak już nie może być, pomyślałam sobie. Trzeba wreszcie się wsiąść w garść i wyznać drugiej osobie, co się do niej czuje.
- Napisz to wszystko teraz, dopóki masz jeszcze odwagę. Przypomnij sobie swoje własne słowa. „Nie poddawaj się, tylko walcz”. Walcz więc, Ash. Bądź odważny - powiedziałam tonem stanowczym i nie znoszącym sprzeciwu.
Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie, po czym na miejsce słowa LUBI napisał KOCHA. Na piasku powstało zatem zdanie ASH KOCHA SERENĘ. Ledwo je ujrzałam, a poczułam, jak mi serce wali w piersi tak mocno, jakby miało zaraz z niej wyskoczyć. Aż mnie lekko zabolało, gdy to robiło.
- Czy to wyznanie jest na poważnie, czy tak dla zabawy? - zapytałam, chcąc się upewnić, czy moje przypuszczenia są słuszne.
- Ja nigdy nie żartuję z takich rzeczy, Sereno - odpowiedział mi Ash poważnym tonem.
- No cóż… Wobec tego i ja muszę coś zmienić w swoim napisie.
Wzięłam od niego patyk, zamazałam nogą słowo LUBIĘ, po czym na jego miejsce napisałam KOCHA. Wyszedł mi więc taki oto napis: SERENA KOCHA ASHA.
Mój przyjaciel z dzieciństwa spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy.
- To prawda? - zapytał.
- Podobnie jak ty, Ash, ja nigdy nie żartuję z takich spraw.
Chłopak zarumienił się lekko, po czym zapytał:
- Od jak dawna?
- Nie wiem, Ash. Wydaje mi się, że od samego początku. Od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałam osiem lat temu.
Ash nieco zasmucony opuścił wzrok i powiedział smutnym głosem:
- Wiesz… Ze mną to nieco dłużej trwało. Znaczy chodzi mi o to, że musiałem mieć więcej czasu, żeby cię pokochać. Co nie znaczy, że kocham cię mniej niż ty mnie. Po prostu ja... Sam nie wiem... Od dawna czuję do ciebie coś więcej niż tylko przyjaźń, jednak dopiero niedawno zacząłem to w pełni rozumieć. Trochę czasu musiało upłynąć. Mam nadzieję, że się na mnie nie gniewasz.
- Nie, Ash. Wcale się na ciebie nie gniewam. Najważniejsze, że oboje czujemy do siebie to samo oraz, że wreszcie sobie to powiedzieliśmy. Tylko to się liczy.
Chwilę później położyłam dłoń na jego dłoni, uśmiechając się przy tym. Ręce chłopaka były bardzo ciepłe. Tak przyjemnie ciepłe, jak ogień w kominku podczas zimowej zawiei.
- Tak, masz rację, Sereno - potwierdził moje słowa Ash - Ważne, że w końcu to sobie wyznaliśmy. Tylko to się liczy i nic poza tym.
Chwilę później chwycił mnie za dłonie i spojrzał mi w oczy. Ja zaś lekko się zarumieniłam, ale nie chcąc, by to widział, spojrzałam w niebo.
- Księżyc jest w pełni - powiedziałam bez ładu i składu.
- Widziałem - odpowiedział Ash, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Mówią, że to czas zakochanych - kontynuowałam swoją wypowiedź.
- Tak mówią.
- I mówią jeszcze, że szczęście sprzyja odważnym.
- Tak też mówią.
- Bądźmy więc odważni. Oboje. Dobrze, Ash?
- Dobrze, Sereno. Bądźmy wreszcie odważni... Oboje...
I wtedy właśnie się pocałowaliśmy. Odważnie, choć z lekkim strachem w sercach, gdyż przecież wiadomo, że od pierwszego pocałunku bardzo wiele zależy. Na szczęście był on taki, jak być powinien - wyjątkowy pod każdym względem. Nie był to jednak tak wspaniały i cudowny pocałunek, jakie pokazują na filmach w scenach miłosnych. Był od nich o wiele, ale to o wiele piękniejszy.

***


Następnego dnia postanowiliśmy nic nie mówić naszym przyjaciołom o tym, że jesteśmy razem. Chcieliśmy, aby sami się tego domyślili. Jeśli jednak planowaliśmy jakąś mistyfikację, to nic nam ona nie dała, ponieważ ledwie Clemont i Bonnie zauważyli, że trzymamy się za ręce, to wszystko stało się dla nich jasne.
- A co wy się tak razem trzymacie za ręce? - zapytała dziewczynka nieco wścibskim tonem.
Zaśmialiśmy się oboje słysząc jej pytanie.
- A dlaczego nie mielibyśmy się trzymać za ręce? - odpowiedziałam jej pytaniem na pytanie.
- Bo to głupio wygląda. Zachowujecie się jak jacyś…
- Zakochani?
- Właśnie tak! Zakochani.
Spojrzałam na Asha, który kiwnięciem głową dał mi znać, że mogę im powiedzieć o naszym związku.
- No cóż, Bonnie… bo widzisz… my dwoje...
Dziewczynka nie dała mi jednak dokończyć, gdyż lekko się cofnęła i zawołała:
- Nie! Błagam, tylko mi nie mówcie, że…
- Obawiam się, że tak, Bonnie - wtrącił się do rozmowy jej starszy brat, puszczając nam oczko - Ash i Serena zostali parą, mam rację?
- Nie inaczej - powiedział Ash wesołym głosem, ściskając mnie za rękę - Jesteśmy razem od wczoraj wieczorem.
- I nic mi nie powiedzieliście?! - pisnęła mała Bonnie.
- Przecież właśnie ci to mówimy - zaśmiałam się wesoło.
- Ale mimo wszystko… Tak nagle… Bez uprzedzenia… To po prostu nie fair!
Mówiąc te słowa Bonnie zrobiła obrażoną minę i odwróciła się do nas plecami. Podejrzewałam, że powodem tego jest fakt, że jej samej podobał się Ash. Nie powiedziała do nas ani słowa przez cały dzień. Dopiero pod wieczór raczyła nam wreszcie wybaczyć i znowu traktować jak przyjaciół.
- Ale skoro wy już jesteście parą, to wobec tego ja muszę wreszcie znaleźć dziewczynę mojemu starszemu bratu! - powiedziała Bonnie, gdy już szliśmy spać.
- Nawet o tym nie myśl! Wybij to sobie wreszcie z głowy! - wrzasnął przerażony tą perspektywą Clemont.

***

I na tej właśnie scenie kończy się moja opowieść. Ash powoli budzi się z drzemki, a na korytarzu słyszę już głosy Clemonta oraz Bonnie, więc i tak nie mogłabym więcej pisać. Pozwolę sobie zatem krótko podsumować całą sytuację.
Nie mam pojęcia, co nam przyniesie los, ani jakie jeszcze przygody nas czekają. Cokolwiek by to jednak nie było, wiem jedno. Chcę przez te wszystkie wydarzenia przejść razem z Ashem, trzymając go za rękę tak, jak osiem lat temu, gdy się poznaliśmy. Oboje jesteśmy młodzi, jednak wierzę, że nasza miłość przetrwa wszystko. Wystarczy jedynie przestrzegać prostej zasady, w którą oboje wierzymy - nie poddawać się, tylko walczyć.


KONIEC












9 komentarzy:

  1. Witaj :)
    Zgodnie z obietnicą powróciłam :) I rozdział zrobił na mnie naprawdę ogromne wrażenie :)
    Walka z zespołem R by uwolnić Rhyhorny i ten plan Sereny z atakiem Fennekina (wybacz jeśli źle napisałam imię tego cudownego pokemona) - widać że miałeś na to pomysł :) Talent godny pozazdroszczenia :)
    A najbardziej podobała mi się ta scena gdy Ash i Serena wyznali sobie miłość na plaży w dość niecodzienny sposób - pisząc kijkiem po piasku :) I ta pełnia księżyca - iście romantyczna sceneria, idealna do takich wyznań :)
    Z chęcią będę śledziła dalsze losy Asha i Sereny - najcudowniejszej pary w świecie Pokemon :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ,, - Naprawdę? A tak się składa, że ja znam - odpowiedziałam nabierając nagle odwagi w sercu by zrobić to, co planowałam.
    - Tak? A jakie?
    - A takie.
    Wyjąłem z jego rąk patyk i narysowałam : A.K. "
    Ash: Sereno, skąd te inicjały?
    Serena: No k***a od Armii Krajowej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Scena z patykiem mnie rozjebała. Chociaż... śmieszniej by było, jakby poznali się pod biedronką (z głową Lediana lub Ledyby w logo)
    lub jakby na tą scenę z patykiem wpadł sobie TEN Poliwag

    OdpowiedzUsuń
  4. Pełnia Księzyca...
    Serena: Ash jest pełnia!
    Ash: No i co z tego?
    Serena: *zamienia się w wilkołaka*
    Pełnia księżyca...
    Ash: Patrz, jest pełnia!
    Serena: Patrz, coś z niej nadlatuje!
    Na drugim końcu świata, w Aloli.
    Hala: Do wielkiej świetlistości, zgodnie z tradycją festiwalu!
    Olivia: Prosimy cię tylko o jedno!
    Nanu: Proszę przyjmij naszą siłę

    OdpowiedzUsuń
  5. ,, Jakbym stała, to bym upadła pod tym spojrzeniem"
    Czyli co? Ash to bazyliszek?

    OdpowiedzUsuń
  6. Lekcja w szkole pokemonów: (z Sereną w ALoli)
    Kukui: Siema lamusy, czy wiecie jak wygląda Poliwag?
    Serena: Strasznie!
    Kukui: To prawda. Istnieje legenda, że komu pokaże się Poliwag, nigdy nie będzie się ruchał.
    Mallow: No, TEN Poliwag z obozu pewnie nie działa...

    (Fragment 2 części mojej serii #PoczkiZboczki)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej hej! Taki mały błąd... Pierwszy pocałunek Asha i Sereny odbył się pod lotniskiem w odcinku ,,Do kolejnej rywalizacji" :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tekst Bonnie mnie rozwalił xDDDDDDDDDDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  9. Kronikarz vs Tokarczuk - xDDDDDDD

    OdpowiedzUsuń

Rysunki autora 3

                                Ash z ukochaną Sereną pędzący na poszukiwanie nowych przygód                                                ...